Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


czwartek, 30 lipca 2009
The American Dollars zgodnie z nurtem

Nie brakuje w dzisiejszych czasach tabunu zespołów, które starają się być tudzież udawać następcami Mogwai czy Godspeed You! Black Emperor. Jednakże tylko garstka z nich prezentuje coś więcej aniżeli zajechane na śmierć typowe instrumentalne, epickie rockowe aranżacje. W bluszczu tych powtarzających się nudnych schematów, można natknąć się także na przykłady, które zaprzeczają większości, próbujące popchać popchać ten marazm do przodu. Trzeci album duetu The American Dollar A Memory Stream zaznacza, że może być tą iskierką nadziei.

okładka albumu

Zapewne powiedzie, że to kolejny rockowy projekt z USA. W sumie racja. Też bym to samo powiedział, jeżeli brał bym pod uwagę tylko ich dwa pierwsze albumy. A one, szczerze mówiąc, nie charakteryzowały się niekonwencjonalnym, kreatywnym podejściem do gitarowego spektrum, jak to zawsze jest w przypadku nowych, świeżych zespołów, które dopiero zaczynają swoją karierę muzyczną i w nich upatruje się w dostarczycielach świeżości. Naprawdę chciałbym usłyszeć osobliwy powiew czegoś nowego w tej stylistyce. Niestety ani w przypadku "The American Dollar", ani w "The Technocolour Sleep" nie mogłem poczuć czegoś właśnie takiego. Pomimo tego dosyć średniego, w ogóle nie zachwycającego oblicza The American Dollar nie powinno się ich skreślać. Jak i ich kolejne dokonania.

W końcu Richard Cupolo we spółkę z Johnem Emanuelem podołali zadaniu. I to za trzecim razem. Ci dwaj nowojorczycy majstrowali dosyć intensywnie wędrując w różne strony, aby stworzyć interesujący łańcuch muzycznych krajobrazów pełnych melodii oraz harmonii. Dzięki wzbogaceniu tego downtempowym podłożem, udało im się im skutecznie odejść od dotychczasowego, nieco skostniałego pojmowania instrumentalnego rocka. Krążek "A Memory Stream" nabiera rumieńców także dzięki ambientowej, bajecznej sferyczności w rodzaju Urlicha Schnaussa, co z kolei przynosi z sobą więcej eteryczności i tajemniczości. Została rozrysowana wizja, która stara się być unikalna pomimo wyraźnego trzymania się rockowych korzeni. A to przez umiarkowanie zmienny, hamakowy rytm, która nie pozwala zbytnio na ekstrawagancję. Wszystko toczy się w sposób płynny i stopniowy, co pozytywnie wpływa na zapoznawanie się z co rusz odkrywanymi ekspresjami tych muzyków.

Udało im się przejść na plus przez tą formę próby. Ponadto udowadniają, że tworzenie instrumentalnego rocka nie musi przypominać brnięcie w ślepą uliczkę. Stąd też moim zdaniem  The American Dollar wypadają na tym polu o wiele lepiej aniżeli np. God In An Astronaut. Podszyte balladową niepewnością poszczególne tematy kompozycyjne kroczą swoją drogą bez wszelkich odznak zbytniego zagmatwania. A więc jeżeli szczególnie upodobałeś twórczość Epic45 czy Explosion in the Sky, to nie widzę żadnych przeciwstawiań, abyś zainteresował się tym bardziej eklektycznym, chwilami nieco skomplikowanym, instrumentalnym rockiem. Nie jest to post rock w żadnym razie. Zresztą możesz posmakować nieco z tego albumu: ściągając malowniczy Bump lub oglądając i słuchając, w przeważającej mierze, łagodnego Anything You Synthesize.

21:46, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 lipca 2009
Quantic z barbarzyńską mieszanką

Muzycznie globalnie wędrownik, który wyszukuje wszelkich odznak zapomnianych lub też nieodkrytych rytmów, Will Holland wraz z (po części) nową ekipą nagrał swój trzeci album kolumbijskim mieście Cali. Już wiecie, jak smakuje funk oraz ilustracyjno-jazzowe pasaże z Wielkiej Brytanii, Afryki czy USA. To teraz możecie zapoznać się z "Tradition In Transition" - materiałem, który obala raz na zawsze mit np. że jedynie to, co Kolumbia ma do zaoferowania, to kokainę.

okładka albumu

Wybierając ten górzysty kraj Ameryki Południowej, zamiast rodzimej Anglii, Quantic wiedział co robi. Podobnie jak Gilles Peterson, Will jest strasznie głodny i ciekawy nowych brzmień, które do tej pory nie musiały koniecznie dotrzeć do Europy. A więc wykonał on odwrotny ruch i znalazł się w rolniczym mieście Cali ponad dwa lata temu. Atmosferę tego miejsca, a także warunków w których Holland działa i żyje, możecie poczuć oglądając trailer jego najnowszego albumu Tradition In Transition.

Dziesiąty w karierze, za to trzeci nagrany w swoim nieangielskim studio. No i oczywiście pierwszy z nowym zespołem jako Quantic And His Combo Bárbaro. Sam album nie jest niczym szczególnie nowym jeżeli chodzi o dotychczasowe doświadczenia Hollanda. Wspomniałem na samym początku, iż jest to stara / nowa paczka muzyków. W skład tego kwintetu wchodzą także pianista Alfredo Linares, mistrz kongów Freddy Colorado oraz perkusista Malcolm Catto - to oni tworzą wraz z Willem odpowiedzialni byli za pozostałe dwa stricte "latynoskie" longplaye ("Tropidelico", Death of the Revolution). To co łączy te trzy albumy to próba nakreślenia filmowego krajobrazu tej części świata przy pomocy tamtejszych, lokalnych rozwiązań muzycznych.

Jednak ogólnie rzecz biorąc, krążek "Tradition In Transition" jest stylistycznie podobny do "Tropidelico". Dużo tutaj soul-funkowej, tropikalnej żywiołowości, dostępnej tylko u latynoskich muzyków, z krwi i kości. Quantic ze swoimi przyjaciółmi zbudował ten album w taki sposób, że w żaden sposób nie działa on na nerwy. Jest tutaj zarówno solidna dawka południowoamerykańskiego trip hopu (tak, tak - posłuchajcie "Cancao Do Deserto"), kameralnego, lekko nieobrobionego, soulu (Linda Morena) oraz szykownego, nakręconego funku ("Mas Pan", "New Morning").

I to wszystko oczywiście dla wytwórni z Brighton Tru Thoughts, dla której od lat Will nagrywa będąc jej lojalnym producentem. Wszystko to co można było oczekiwać po Hollandzie: barwne, sprężyste kompozycje mocno odwołujące się do bogatych muzycznych korzeni z Brazylii, Peru, Panamy czy Kolumbii. Ten niestrudzony poszukiwacz, promotor nowych brzmień i człowiek orkiestra wykonał swoją robotę w swoim znanym stylu. Gilles Peterson będzie miał co puszczać w radiu.

00:27, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lipca 2009
Hannu w głębi ogrodu

Od czasu do czasu akcentuje to, że Finlandia, mimo kilku milionowej ludności, ma niespotykanie wielu utalentowanych muzyków tudzież producentów, o których zawsze dużo słychać o Europie. Kolejnym w tym gronie jest Hannu Karjalainen znany też jako Hannu. Kilka dni temu pojawił się jego drugi album "Hintergarten", którzy tworzy mozaikę wynikająca z wszechstronnych umiejętności tego fińskiego producenta. Nie jest to ani rock, folk, neoklasyka czy elektronika. To coś powyżej tego wszystkiego.

okładka albumu


Zanim doszedł do tego miejsca, w którym teraz on stoi, Hannu skonstruował uporządkowaną, minimalistyczną, pokrętną estetykę, szukającą wspólnego mianownika dla elektronicznych eksperymentów oraz akustycznego zaplecza. Taki był właśnie jego debiutancki album Worms iny my Piano. Mimo że został on wydany przez niewiele mi mówiącą irlandzką wytwórnię Osaka, nie zdziwiłbym się, gdyby ludzie myśleli nieco inaczej, iż na taki skarb można trafić np. u Type Records czy Cite Centre Offices. Ponura, skromna dźwiękowa sylwetka utworu Lyhty przekonuje o tym jeszcze bardziej.

Ale tak właśnie Karjalainen prezentował się jakieś trzy lata temu. Przez ponad dwa lata nie dawał on znaku życia. Do czasu, gdy pojawiła się EPka "Harhailua", która miała zwiastować nadejście jego drugiego longplaya. Choć dzisiejszej, teraźniejszej perspektywy trudno mi znaleźć jakiekolwiek konotacje pomiędzy tymi dwoma wydawnictwami. A to z tego powodu, że Hintergarten to zestaw kompozycji, których nie spodziewałem się po tym muzyku. O ile "Harhailua" był czymś w rodzaju onirycznym, zakazanym folk-neoklasycznym patchworkiem, o tyle drugi album Hannu to jakby kompilacja nagrań stworzonych przez skrajnie różnych muzyków. Każdy utwór do zupełnie inne doznania, w których trudno się połapać, co jest akurat na plus dla Karjalainen.

Niby istnieje aranżacyjna triada (elektronika, akustyczne instrumenty i uchwycone ścinki muzycznego środowiska przepuszczone przez field recording), ale ma się wrażenie, że jego rekombinacja, kalejdoskopiczność nie zna granic. A to tylko wpływa, że można mocno zagłębić się w tej fantazyjnej płycie, gdzie ciężkie, choć o złagodzonym ciężarze downtempo "Lauttasaari" wiedzie wprost do Bibio. Albo też filmowy "Kimallus" nawiązujący jakby do spuścizny Ennio Morricone, lub też "Hintergarten" (surrealna, orientalna neoklasyka) czy też "Kaipaus" (którego delikatna, wątło-krucha konstrukcja jeszcze mocniej wikła go w klimatach ścieżki dźwiękowej do ... "Twin Peaks 2").

Do tego jeszcze parę elementów, które zainteresują fanów Mum czy duetu Twilite, czyli bajeczne doznania rockowe, bardziej technologicznie powykręcane, jak i te bardziej typowe. Jedyną wadą albumu "Hintergarten" jest to, iż czasami piszcząco-świszczące dźwięki mogą spowodować lekki bół głowy, jak to jest chwilami w "Pop". Ale nie przysłania do tego, że naprawdę jest czym tutaj rozkoszować się, znajdując balsam dla wrażliwych uszu. Hannu nie mógł spłodzić bardziej zwartego, pomimo szerokiego zróżnicowania, znakomicie przemyślanego albumu. A niby receptura jest prosta - czerpać wszystko z otaczającego środowiska (ludzie, natura) ... z szacunkiem dla niego oczywiście. A więc cokolwiek słuchasz (balladowy rock, usypiający ambient, klimatyczne downtempo tudzież trip hop, dziwne neoklasyczne powinowactwa), drugi album Hannu czeka na Ciebie.

01:16, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 lipca 2009
Physics z dobrymi falami

Podobnie jak to ma się w przypadku szwedzkiej sceny muzyki techno z wielkimi graczami (Adam Bayer, Samuel L Session, Cari Lekebusch; Jesper Dahlbäck), nie gorzej jest jeżeli mowa o tamtejszą scenę muzyki house. Do najbardziej jej znanych projektów należy duet Physics.

okładka albumu

To właśnie projekt Mikaela Surdi i Torbjörna Olssona był obecny od początku rozwoju Deeplay Music - jednej z najbardziej rozpoznawalnych wytwórni muzyki house w Europie. Została głównie rozpromowana przez fakt umieszczania jej utworów na słynnych klubowych kompilacjach: "Hotel Costes", "Beach House", "Cafe del Mar". To dla niej nagrywali także: Martinez czy Jeff Bennett (Marek stworzył dla niej album Ancient Keys jako Jeff Bennett's Lounge Experience). W 2002 roku pojawił się debiutancki album duetu Physics - First Flight, który nie mógł nie spodobać się tym, co cenią w deep house klasyczne, stylowe, miękkie wibracje i tą subtelną motorykę.

Kilka lat temu zauważyłem, że Mikael i Torbjörn odeszli od bycia wyłącznie ambasadorami Deeplay Music dywersyfikując miejsca, które wydawały ich twórczość. Dla jednej z nich - londyńskiej Seamless Recordings - nagrali oni swój drugi album w zeszłym roku. Marka tej brytyjskiej wytwórni była do tej pory znana głównie ze składanek z serii "Bargrooves". I rzadko zdawało się, aby wydawała ona pełnometrażowy, studyjny materiał. Wyjątkiem jest właśnie album duetu Physics. I w sumie nie dziwie się wcale, czemu tak stało się. Na dwóch krążkach Infuences pokazują sedno swojego kunsztu producenckiego.

Nie wiem gdzie z pośród tych kilkunastu kompozycjach ma rozbrzmiewać r'n'b, ale nie brakuje tutaj dobrze stworzonych numerów z wielu bardzo smacznych półek. Zacznę może od moich najdrobniejszych koników czyli broken beatu w "Just A Little Love" z wokalnym wsparciem Alexandry Hamnede i Teresy Pozgaj - tą pierwszą możecie kojarzyć również z downtempowego projektu Bliss. Coś pomiędzy nu soulowem a deep house'em jest hybrydowy "Hold On" pokazujący kruchość i wrażliwość muzyczną tych Szwedów. Do tego dużo organicznych nu jazzowych dodatków. Nie bez powodu byli oni nominowani do szwedzkich "Grammy Awards".

Dominują tutaj lekkie, harmonijne, egzotyczne, odświeżające, pobudzające swoim eklektyzmem aranżacje, w których nuda i monotonność została wykluczona po wieki. Krążek pokazuje mnóstwo sonicznych przysmaków usytuowanych pomiędzy Chrisem Zippelem, Tosca, St Germain, Kaskade a Miguelem Migsem. Wielość dawek pełnych przyjemnych wrażeń zarówno do klubu, jak i na kanapkę. Jaki kolejny krok chłopaki? Osobiście widzę to następująco: albo Om Records Marka Fariny, albo 20:20 Vision Ralpha Lawsona. Duet Physics na to naprawdę zasługuje.

10:03, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Niemiecka solidność od Tura

Bez wątpienia niemieckim osobistościami, które niezmiernie pozytywnie zapisały się na kartach muzyki house, należą: Ian Pooley, Mousse T., Terry Lee Brown Junior, The Timewriter czy Boris Dlugosch. Wszystko wskazuje na to, że lista poszerzy się o kolejnego członka - Manuela Tura.

okładka albumu

A to za sprawą debiutanckiego albumu tego mieszkańca Hesji, skąd pochodzi także sam Heiko Laux. Manuel wydał do tej pory wiele EPek dla różnych niemieckich i brytyjskich wytwórni. Ale jak to zazwyczaj bywa - największym wyzwaniem jest zawsze stworzenie złożonego, koncepcyjnego wydawnictwa - longplaya. Do 0201 podchodziłem z dosyć umiarkowanymi oczekiwaniami. Pomimo działania ponad sześć lata na scenie muzyki house, Tur nie wbił mi się do mojej głowy ze swoimi kompozycjami.

Wiem jednak, że od tej pory będe pamiętał "Passtelise" czy "Rubicond" - dwie kompozycje które bardzo wiele mówią o potencjale tego 22-letniego producenta. Został on obdarzony wielkimi możliwościami i umiejętnościami łącząc lekkość muzyki czarnej, wyrazistą choć lekko senną taneczną rytmikę oraz przepiękne partie smyczkowe. Choć tego można było się po nim spodziewać. Więcej rewelacji kryją się w pozostałej części tego albumu. Nie bez powodu mówię tutaj o "rewelacjach", bo Tur pokazuje się z zupełnie innej strony. Jako eksperymentator na polu ambientu, downtempo i troszeczkę dubstepu (oniryczny "Such a Dream"). Nie ma tutaj mowy o monotonni. Te dźwięki są zbyt wyraźne, zbyt szlachetne, aby można było o nich zapomnieć.

Jimpster lepiej nie mógł postąpić aniżeli wydając krążek "0201" w łonie własnej wytwórni - Freerange Records. Bo Tur przeszedł na tym albumie sam siebie. Oddaje on pełny klimat korzeniom muzyki house, bez niepotrzebnego pośpiechu, delikatnie muskanie miękkiego, wpadającego w ucho tempa, które starannie buduje atmosferę piękna klasycznego house'u. Ciekawa i dojrzała złożoność bez zarzutu. Przyjemność dla ucha najwyższych lotów. Każdy fan tych brzmień Swayzaka, Iana Pooleya, Terre'go Thaemlitza czy Recloose'a pragnął by je mieć na wyłączność. Bardzo liczę, że kolejny album Manuela pojawi się już nakładem Plastic City.

23:40, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63