Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


wtorek, 24 marca 2009
Potrójna moc Majikera

Dotarła do mnie świetna wiadomość od samego Melnyka - kanadyjskiego electropopowego producenta (autora albumu "Silence"), zamieszkałego w Londynie. Jego wytwórnia Gaymonkey postanowiła przyjąć do swojego grona kolejnego interesującego producenta. Będzie nim Anglik Matthew Ker, który jako Majiker zadebiutuje pod koniec kwietnia albumem "Body-Piano-Machine". Zapowiada się na przyjemną miksturę klasycznego, dramatycznego popu wplecionego w meandry współczesnej elektroniki oraz hipnotycznego, ponurego downtempo.

Majiker

Zapewne jeszcze trzy, cztery lata temu, nikt nie dopytywałby się tego, kto to jest ten Majiker. Zostanie producentem płyt wschodzącej, francuskiej piosenkarki Camille Dalmais, otworzyło przez Kerem nowe pole możliwości. Najpierw w 2005 roku longplay "Le Fil", a następnie w ubiegłym roku "Music Hole" - oba okazały się wielkimi, międzynarodowymi sukcesami potwierdzonymi przez gorące przyjęcie u samych odbiorców. Teraz przyszła czas na tego angielskiego producenta, który od kilku lat mieszka w stolicy Francji - Paryżu.

Najwyższa pora na pierwszy, solowy, studyjny album Matthewa. Rozszerzył on swój artystyczny horyzont stając się dla siebie w pełni kapitanem. Stąd też nie bez znaczenia będzie miała nazwa tego krążka. Na samym początku myślałem, że "Body-Piano-Machine" to angielsko-francuska odpowiedź na kredo ekipy Kraftwerk "Mensch Maschine". Po chwili zrozumiałem, że jednak jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Każda część tego tytułu odnosi się do trzech elementów, które są istotą fundamentu tego longplaya. Body - doniosłość barw i emocji głosów wydobywających się z ludzkich ust. I w wypadku tego albumu Kera nie tego pod dostatkiem dzięki zaangażowaniu m.in.: Camille Dalmais, China Moses (soulowej diwy), Bénédicte Le Lay oraz Indi Kaur (muzy samego Talvina Singh).

Piano - jeden z najbardziej uniwersalnych instrumentów na świecie, łączący prawie wszystkie muzyczne gatunki. No i na koniec - Machine - symbol technologicznego postępu, także w muzyce, czego przejawem jest upowszechnienie się elektronicznych dźwięków. Ten pochodzący z Birmingham muzyk powołał taki artystyczny triumwirat, którego oddziaływanie zostało rozpisane na dziewiętnaście kompozycji pełnych lirycznych historii, elektronicznej ekspresji oraz abstrakcyjnej, surrealistycznej, filmowej scenerii.

Album "Body-Piano-Machine" pojawi się 27 kwietnia. Pięciu nagrań z płyty Majikera możecie posłuchać na jego Myspace. Ponadto longplay promuje teledysk do utworu "Flash & Bone", który moim zdaniem w niezwykle nietuzinkowy sposób scala downtempowy rytm, ulotną poptronikę z neoklasycznymi kolażami. Ale to nie koniec atrakcji. Można ściągnąć alternatywną wersję (hasło: joilet) kompozycji "Tongue". Mam jednak jeszcze większą niespodziankę. Dzięki uprzejmości Melnyka, możecie w ekskluzywny sposób (tak to prawda - żadna podpucha) zapoznać się z przeróbką (hasło: joilet) numeru "Flash & Bone".

15:14, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2008
Odświeżacz płyt #40

Ostatnio mam szczęście i często trafiam na hip hop z Japonii. Oto kolejni reprezentanci tej sceny - duet Cappablack. Mniej więcej jedenaście lat temu wydali oni swój debiutancki album "The State Of The Night".

okładka albumu

Zanim na dobre rozkręcili się, z trio Cappablack przepoczwarzyło się w duet. Dokładnie stan osobowy wyklarował się po pojawieniu się EPki "The Opposition". Powstali oni ponad kilkanaście lat temu w składzie: DJ Misamisa, Hashim III oraz Illeven. Ten drugi za kilka lat założy poboczny downtempowo-eksperymentalny projekt Ill Suono. Cappablack wyrosło z fascynacji tych trzech japońskich muzyków do artystyczej schedy Mobb Deep'a. Ale jak to często bywa - inspirację inspiracjami sobie, a twórcza aktywność sobie. Od początku swojej działalności związali się oni z rodzimą wytwórnią Soup Disk, która bardzo szeroko interpretuje kategorię "breaks".

Debiutancki album tego japońskiego duetu The State Of The Night na pierwszy rzut oka cechuje się dwoma właściwościami: klasycznymi i oldschoolowymi, lecz misternie zaprogramowanymi podkładami oraz filmowo-abstrakcyjną otoczką znaną z filmów noir, a w szczególności o orientalnym pochodzeniu. Na tym krążku nie usłyszymy jeszcze clicków, trzasków oraz szorstkich eksperymentów o architektonicznej strukturze Hashim'a III i Illeven'a, którymi zachwycili ponad dwa lata temu na swoim drugim longplay'u Façades & Skeletons dla awangardowej, niemieckiej wytwórni ~Scape. Długogrający debiut Cappablack to ciężke i przygnębione talerze oraz niewralgiczne sonarowe pogłosy, które składają się na instrumentalne misterium usadowione gdzieś w jazzowych zaułkach. Z nich można dowiedzieć się o mrocznych niedopowiedzeniach oraz scratchowych wałęsaniach Hashim'a III. "The State Of The Night" nie jest piątkowo-sobotnim materiałem, a raczej niedzielnym i to na dodatek podwieczornym, jak u Lu na jego "Night Moves" czy ogólnie na krążkach DJ Cam'a. Nie ma na tym albumie wigoru, co zostało zastąpione stopniowym budowaniem klimatu niepewności w stylu 9th Cloud.

Dzięki temu longplay'owi duet Cappablack zaistniał nie tylko rodzimym ale i międzynarodowym spektrum. Słyszałem, iż materiał "The State Of The Night" stał się klasykiem na japońskiej scenie hip hop. Nie śmiem w to wątpić. Krążek ma swój specyficzny urok. Zresztą jak większość towaru z naklejką "orientalny, instrumentalny hip hop". Kilka lat później brzmienie Cappablack zachwyci Niemca Stefan'a Betke (znanego szerzej jako Pole) i nawiąże bliższa, europejsko-japonska współpraca producentów z różnych aranżacyjnych półswiatków.

16:37, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 października 2008
Odświeżacz płyt #39

Kiedy to w 1997 roku zawitał drugi album ekipy Portishead "Portishead", wiele tysięcy na wschód od Wielkiej Brytanii, mniej więcej w tym samym czasie pojawił się debiutancki album rosyjskiego duetu Moscow Grooves Institute "Surround Wednesday". Szkoda, że ten słowiański longplay został przyćmiony przez drugie, drugogrające dzieło projektu Geoff'a Barrow'a oraz Beth Gibbons.

okładka albumu

Pierwotnie działający jako duet Arkady Martinenko oraz Boris'a Nazarov'a projekt Moscow Grooves Institute w przeciągu swojego kilkunastoletniego istnienia, często zmieniał swój skład osobowy. Raz powiększał się o jedną osobę (kiedy to w 1999 roku dołączył Sergei Belyaev). Niedawno przeszedł on poważną rekonfigurację (pozostał tylko Nazarov który zjednoczył się z gitarzystą Yuri Shulgin'em i syntetycznym klawiszowcem Pavel'em Khotin'em). Mimo pewnych zawirowań personalnych nie ulega większej wątpliwości, iż ten rosyjski projekt powinien znaleźć zaszczytne miejsce na półce downtempo i trip hopu dostarczając równie silnego oddziaływana, jakie przyniósł Fizzarum idmu, Sleepy Town Manufacture dla ambientu czy też Paul B dla drum'n'bass'u. W szczególności jeżeli chodzi o debiutancki album Moscow Grooves Institute - Surround Wednesday.

Niestety trudno natknąć w sieci na jakiś szerszy (tudzież jakikolwiek) feedback na temat tego muzycznego przedsięwzięcia. A szkoda, bo krążek "Surround Wednesday" to zacne dzieło. Powstałe ponad jedenaście lat temu, zostało odświeżone w zeszłym roku w postaci cyfrowej reedycji (pierwotnie album został wydany na zwykłej kasecie). Zresztą za wyraźne poprawienie jakości brzmieniowej można być wdzięcznym, bić pokłony oraz zorganizować pielgrzymki do Częstochowy na cześć inżynierki (sic!) dźwięku Sofii Kruglikovej, która na przełomie 2004 i 2005 roku walczyła z tymi aranżacjami. Inaczej mówiąc - zajęła się ona adaptacją numerów do współczesnych, digitalnych warunków. Jak można się domyśleć utwory z "Surround Wednesday" pochodzą z okresu, kiedy to Moscow Grooves Institute stanowił jeszcze zwarty duet Martinenko-Nazarov'a. Choć można powiedzieć, że ten debiutancki longplay był pewnego rodzaju wyrocznią pokazującą, w którą stronę podąży ten rosyjski projekt za parenaście lat. Na "Surround Wednesday" brak jakiegoś przewodnika - konduktora, ale temat jest wspólny i ma na imię trip hop. Lecz pod koniec tego krążka można odnieść wrażenie, iż Boris i Arkady nieco zeszli z obranego kursu. Ale do rzeczy i po kolei. Importują oni wielkie, ogromne połacie ambientowych, rozpływających się (niczym czelokada w ustach) dźwięków. Ponadto dodają oni triphopowemu rytmowi mocniejszego, etnicznego podbicia, dzięki czemu czasami sama konstrukcja niektórych nagrań (np. "Tuva Song", "Fly-Catcher") wyskakuje i ucieka ze swojego jednostajnie kroczącego toru. Natomiast "Voice" (z przerażającym, metafizyczntym głosem Olgi Noel - wokalista pojawi się za kilka lat później na krążku "Na Zare") to psychodelicznie zdubowana Thievery Corporation i zjazzowana Lemongrass'em bristolska estetyka. Ci co szukają korzeni trip hopu wyłącznie hip hopie, tych zafrapuje z pozoru purystyczny "Makanicat". "Surround Wednesday" to także producenckie doświadczenia (uwiecznione sukcesami) Arkady i Borisa na pograniczu glitchu i sprzępów jungle ("Pulsating") czy cyfrowej zaawansowanej technologii i filmowej ekspozytury ala The Art Of Noise ("Break Bottle Horn"). Niestety ciągłość tematyczna debiutanckiego longplay'a Moscow Grooves Institute urywa się w jej ostatnich dwudziestu minutach. Ci panowie gwałtownie przechodzą do ... drum'n'bassu. Ja rozumiem, że ich zamierzeniem było pewne zaskoczenie, rodzaj przejścia do innej sonicznej skali. Ale robi się to bardzo delikatne i dyplomatycznie. A nie wpuszcza się z rozdrażnionego rockiem "Jonny Walker" do skąpanego w bukiecie soczystego drum'n'bassu "Extraterrestrian". Ów zabieg można porównać ze skoczeniem rozgrzanego ciała do zimnej wody. Szok aranżacyjny gwarantowany.

Na całe szczęście końcówka albumu "Surround Wednesday" nie rzuca się cieniem na pozostałe nagranie. Oczywiście przy założeniu, że potraktuje się dwa ostatnie nagrania za zwykłe dziwactwa - dopuszczalny efekt uboczony, który potrafi się przetrawić i tolerować. A szkoda by było odwrotnie, gdyż w muzyce Moscow Grooves Institute, jak mało w której, brak sztampowości. Oczywiście odrazu trzeba zaznaczyć, iż to, co duet Nazarov-Martinenko stworzyli, to żadna tam rewolucja ani też przewrót kopernikański w muzyce. Chociaż w ich wypadku słychać, że z trip hopu można wyciągnąć wiele niespodziewanych rzeczy; że to w dalszym ciągu niekończącą się skarbnica dźwiękowej wiedzy aniżeli wypłowiały slogan. Lecz smutnym faktem w twórczości Moscow Grooves Institute jest to, że po wydaniu "Surround Wednesday" nie stworzyli oni płyty na miarę swojego debiutu. I może dlatego nie słychać o niech szerzej, również w internecie. Tym bardziej materiał "Surround Wednesday" to kolejny rodzynek w historii trip hopu z końca lat 90. ubiegłego wieku.

01:18, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 września 2008
Odświeżacz płyt #38

Dobrych kilkadziesiąt lat musiało upłynąć, aby jedna z najsłynniejszych, polskich płyt jazzfunkowych lat 70. na świecie doczekała się swojej reedycji. Mowa o albumie "String Beat" łódzkiego maestro Henryka Debicha – prawdziwej i ponadczasowej ikony rodzimej muzyki jazzowo-rozrywkowej.

okładka albumu

Ten syn przedwojennego dyrygenta, stał się w okresie powojennym jedną z kluczowych postaci polskiej muzyki. Żołnierz Armii Krajowej i Szarych Szeregów, po wojnie Henryk zaczął udzielać się muzycznie jako kompozytor jak i pedagog. Zasłynął on najbardziej jako mózg – dyrygent Orkiestry Łódzkiej Rozgłośni Polskiego Radia. Debich objął nad nią piecze w 1952 roku i rozstał się z nią po prawie czterdziestu latach – w 1991 roku. Orkiestra Łódzkiej Rozgłośni Polskiego Radia nagrała kilkadziesiąt płyt i była sławna na całym świecie, również poza Blokiem Wschodnim. A okazji swojego ćwierćwiecza działalności ekipa Henryka Debicha nagrała w 1975 roku album "String Beat". To na tej płycie owa orkiestra pokazała prawdziwą magię rozbudowanej sekcji rytmicznej.

Owe uniwersalne brzmienia oraz muzyczna precyzja zostały w tym roku przypomniane. I nie przez żadną polską wytwórnię, bo większość z tych dużych ma w głębokim poważaniu niesamowitą historię polskiej muzyki rozrywkowej z epoki PRLu. Ogrom najwyższej klasy artyzmu Henryka Debicha przypomniała niemiecka wytwórnia Bureau B. Po reedycji materiału niemieckiego bigbandowca James'a Last'a z albumu "Weel Kept Secret" (wydanej jako James Last In Los Angeles) oraz (w niedługim czasie) kompilacji pracy Heidelinde Weis z Kristian'em Schultze'm (o czym niedawno pisałem), między tymi wydarzeniami ta hamburgska oficyna przypomina dokonania łódzkiego kompozytora – dyrygenta. Nowa odsłona String Beat to w dalszym ciągu to samo niesamowite brzmienie, co przed trzydziestu trzech laty. Dziesięć kompozycji ujętych w prawie czterdziestominutowym, uwodzącym materiale. Sekretny skarb opiewający o złotym okresie polskiego zakręconego funku, jamowego jazzfunku oraz filmowego big beatu, czyli nadwiślański, potężny i zawadiacki groove. Trudno mi opisywać poszczególne kompozycje, gdyż trwałoby to wieczność, a nawet jeden dzień dłużej. Na tym krążku Henryk Debich pozwolił na uwolnienie swoich artystycznych mocy przez młodych i nieznanych jeszcze w latach 70. polskich muzyków. Mowa o: Jacku Delongu, Zbigniewie Karwackim, Andrzeju Żylisie oraz Jacku Malinowskim. Ten ostatni jest autorem m.in. aranżacji Bądź wieczorem w dyskotece, która cholernie dobrze oddaje moc tego orkiestrowego big bandu. Oprócz tego "String Beat" to także śliczne trzy covery – klejnoty "zachodnich" nagrań wykonanych przez Orkiestrę Łódzkiej Rozgłośni Polskiego Radia. Każde z nich pochodzi z górnej półki. Czy to główny motyw muzyczny filmu "Shaft" (autorstwa niedawno zmarłego Isaac'a Hayes'a – w zeszłym roku ukazała się kompilacja "The Very Best Of" – szczerze polecam), czy "Kameleon" Herbie Hancock'a, czy wreszcie – interpretacja znanego na całym świecie numeru duetu Lennon-McCartney "Obladi-oblada".

W tym miejscu musze poraz kolejny powiedzieć: "cudzego chwalicie, a swojego nie znacie". Od maja – premiery reedycji albumu – minęło parę miesięcy i jakoś nie zauważyłem większego zainteresowania tym wydarzeniem w Polsce. Zresztą sam kontekst ponownego wytłoczenia "String Beat" pokazuje, z jakim szacunkiem i poważaniem polski jazz jest traktowany na Zachodzie. Nieco o tym wspomniałem wcześniej przy kompilacji Polish Funk. Otóz niemiecka oficyna Bureau B postanowiła wydać album orkiestry Henryka Debicha, ponieważ przekonał ją do wykonania tego kroku Roskow Krestchmann z niemieckiej nujazzowej formacji Jazzanova. Zresztą sami wydawcy podeszli do tego materiału bardzo poważnie. Przyznali, iż bardzo było im smutno z tego powodu, że nie mogli osobiście spytać samego autora o zgodę na reedycje "String Beat". Bo jak wiadomo – ten legendarny łódzki kompozytor i dyrygent nie żyje od ponad siedmiu lat :-(. Ten album jest tym dla wytrawnego melomana tym samym, co Biblia, Koran lub Talmud dla wierzących – fundamentem wartości stanowiących o nim samym. A ten album powinień zagościć w każdym szanującym się polskim domu.

15:13, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Odświeżacz płyt #37

Gdyby nie ich debiutancki album sprzed trzech lat – "Mapping Your Dreams", świat zapewne nie usłyszałby o eksperymentalnym rocku z Antypodów. Mowa o niesamowitym zespole Laura.

okładka albumu

Kanada, USA, Skandynawia, Islandia, Szwajcaria oraz Japonia – te rejony niebieskiej planety mogą się pochwalić dobrze rozwiniętą sceną alternatywnego (ale nie wypłowionego "indie"), awangardowego rocka. Tego typu zespołów jest tam pod dostatkiem. Tych większych – znanych, jak i tych, co dopiero wchodzą na scenę, którego szlaki zostały jakiś czas temu sowicie przetarte. Pod tym względem pierwszymi osadnikami rocka – gitarowymi trekkerami w Australii są muzycy z ekipy Laura. Działają razem od 2001 roku. Skład personalno-artystyczny tego zespołu ujawnia ich podejście do rockowej estetyki. Gitarowa impresja trio Andrew Chalmers'a i braci Yardley polega na zaufaniu do pierwiastków elektroniki i muzyki klasycznej, za które w głównej mierze odpowiada pozostała część zespołu: Nathan Biggin, David Gagliardi oraz Carolyn Gannel.

Dla nich wielkim sprawdzianem, czy w ogóle podołają tej złożoności, miał być ich debiutancki album. Wydany w 2005 roku przez Alone Again Records album Mapping Your Dreams był sprawdzianem ich rzetelności, perfekcyjnego dogrania oraz dojrzałości w pełnym zrozumieniu swojego instrumentalnego warsztatu. Pierwszy album Laura może nie był czymś skroś rewolucyjnym pokroju płyt Tortoise czy Neurosis z lat 90., ale silnie zaakcentował wielką chęć i zapał zespołu do podnoszenia poprzeczki w złożoności akustycznej scenerii. I tak jak na debiut, to "Mapping Your Dreams" nie okazał się zbiorem prostych zwrotkow-refrenowych kompozycji czy hegemonii "stopowych" shoegaze'owch sekcji. Choć z drugiej strony porównywanie zawartości longplaya Laura do wyczących Pink Floydów (czego dopuściło się internetowe, australijskie radio Dig) to wielce niestosowne nadużycie oraz gruba przesada. "Mapping Your Dreams" to dziesięć utworów, które tworzą melancholijną dramaturgię miewająca swoje własne nastroje. Czy to bardziej popowo-balladowe, czy też intensywniejsze o wzmożony dynanizm. Laura przekraja postrockowe drzewo i pokazuje jego poszczególne słoje: te bardziej tradycyjne jak i bardziej radykalne – awangardowe. Zageszczająca akcja (dzięki figlarnemu crescendo) i ostateczne wyhamowanie w "Jericho", które przechodzi automatycznie w spiralną "Levodopa" (pełną transowego-folktronicznego spektrum). Bardziej shoegaze'owo-klasyczne to pączkujące "We Should Keep This Secret" (do którego powstał także klip). Teskniąca balladowość z tytanicznymi uderzeniami gitar w "Fugitive" czy rozmarzony romans podstarzałej, choć czułej elektroniki z rockowym włóczęga przy akopaniamencie finezyjnie układającej się w końcówce wiolonczeli w "Non Serviam".

Mocny rozrzut stylistyczny "Mapping Your Dreams" od tradycyjności i popowości Sam'a Amidon'a przez akustyczną architekturę Pg. Lost, Destroy All Dreamers, Caspian oraz Pacific UV. Czyli paleta emocji w najlepszym tego słowa znaczeniu. Niebagatelny wpływ na ostateczny kształt debiutanckiego albumu zespołu Laura miał Nao Anzai – japoński inżynier dźwięku. Zapewne to dzięki niemu z numeru na numer "Mapping Your Dreams" album jest coraz bardziej nieprzewidywalny (niektórzy mogą powiedzieć chaotyczny), choć wciągająca swoim kinematycznym ruchomym obrazem dźwięków. Dzięki temu longplayowi sekstet Laura zrobił furorę w Australii. Teraz czas na resztę świata (choć są już rozpoznawali w Japonii), gdyż ich kolejne albumy ("Radio Swan Is Down" czy koncertowy "(Re)Capitulate") są doprawdy warte, by się nimi bliżej zainteresować.

15:25, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9