Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


wtorek, 04 sierpnia 2009
Vibert odkrywa przedziwne głosy

No ładnie. Ten czołowy elektroniczny ekscentryk (z którego poziomem "inności" może równać się tylko sam Aphex Twin) dobija do albumowej trylogii stworzonej na potrzeby wytwórni Planet Mu. A jeżeli komukolwiek z was jego nazwisko nic nie mówi, to znaczy że również obce są dla was takie marki jak Mo Wax czy Warp Records. No ale dobra - dość tego rozczulania się ;). Luke Vibert nagrał swój kolejny album - "We Hear You" który pojawi się już w najbliższy poniedziałek, czyli 10 sierpnia.

okładka albumu

Pomimo faktu, że ma na on swoje godne miejsce w gronie idmowych weteranów, to on zawsze był pewnego rodzaju muzycznie niespokojnym, niepokornym człowiekiem. Chociaż zawsze znał się na rzeczy, której się tykał. Stąd też w ogóle nie dziwi mnie to, że jego najświeższy album musi być pewnego rodzaju mieszaniną, ale pozbawiona na szczęście wszelkich symptomów chaosu czy nieporadności artystycznej. Wydaje się, że tak będzie dzięki próbkom numerów z "We Hear You" które możecie posłuchać/ ściągnąć ze strony wytwórni Planet Mu. Trzynaście utworów, które odzwierciedlają cholernie osobliwe mieszanki stworzone z elektronicznego układu okresowego ;). Znajdzie się więc materiał nieco już obeznany brzmieniowo, jak i nieco pojechane dziwactwa zrodzone w głowie Viberta.

Jak zapewne możesz się domyślać, Luke nie mógł sobie odpuścić przyczołgania się do dubstepu, tworząc przestrzenne i tajemnicze basowe spustoszenia, czy uderzającego electro hip hopu (bardziej lub mniej wykręconego w tą czy w inną stronę). Ogólnie rzecz ujmując, każde nagranie zostało wypełnione inną formą dźwiękowej konsystencji. Czy to nieco szorstkie, technoidalna przejażdżka, komicznie zabawne downtempo, grzmoty kwaśnie-ześwirowanych rytmów, szykownego house'u czy wyrafinowanego electro w stylu Kraftwerka - a wszystko to tworzy istotę roller coastera tego albumu, Vibert nigdy nie pozostanie w jednym miejscu, tzn. przy jednych, typowych dźwiękach. Ten album Luke'a zwiastuje to, że będzie on przedziwnie przyciągający, jak zazwyczaj są jego wydanictwa.

22:05, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 sierpnia 2009
Comfort Fit shuffles many times

The forerunner of netlabel underground as well as the core of demo scene movement, Tokyo Dawn Records, is preparing to issue third album composed by Comfort Fit. This German eclectic, chiefly hip hop, producer comes back after 4-year hiatus, finally. I've glimpsed at what it will be.

album cover

Honestly I don't know many hip hop producers aus Deutschland (besides Jr & Ph7 duo), thus he's an exception. I've stumbled upon his efforts when he had shipped with his sophomore album, Forget and Remember, which it tuned out being debut longplay for Tokyo Dawn Records as well. It seems he was very busy (making adverts for huge companies: Mercedes-Benz; Sony-Ericsson and so on), slightly neglecting his profile as a musician.

But Comfort Fit totally suddenly returns. Providing over hour-length material with many surprises. I mean the couple cooperations in terms of using vocal opportunities. "Polyshufflez" features don't tell me anything. Maybe apart from Edee Dee Pee from Blaktroniks, who released one EP for Tokyo Dawn Records too, and multifaced British artist Howard Mark. Though I focused on strictly instrumental aspect, so I will bypass rest of them. After listening "Polyshufflez" snippets (mixed in form of 7-minute long tune which you may download from here) it heralds like a poised collection of dusty, trippy advanced hip hop, endemic rap and more rough urban quirky hybrids.

The most weirdness thing related to "Polyshufflez" is its release date. On the one hand, Tokyo Dawn Records informed about on 14th of August. However, on the other hand, you can already buy those 22 tracks via Amazon. Even so, take a glance at interview with Comfort Fit available on Youtube.

Mieszanina Comfort Fita

Jeden z najważniejszych podmiotów na scenie netlabelowej oraz dla rozwoju "demo sceny" wytwórnia Tokyo Dawn Records przygotowuje wydanie trzeciego albumu stworzonego przez Comfort Fit. Ten niemiecki, wszechstronny, ale przede wszystkim hiphopowy, producent powraca nareszcie po czterech latach ciszy. Postanowiłem przyjrzeć się temu, co to będzie za wydawnictwo.

okładka albumu

Szczerze powiedziawszy to nie znam zbyt wielu hiphopowych producentów (no może prócz duetu Jr & Ph7), którzy pochodzili by z Niemiec, stąd też Comfort Fit jest tutaj wyjątkiem. Natknąłem się na jego twórczość kiedy zjawił się on ze swoim drugim albumem czyli Forget and Remember. A ten okazał się także jego debiutanckim longplayem dla sławetnej Tokyo Dawn Records. A z tego czym on zajmuje się (tworzy podkłady muzyczne dla reklamówek wielkich koncernów) można było spodziewać się, że był nieco zajęty tą pracą i sprawy hobbystyczne poszły nieco w kąt.

Ale, ale niespodziewanie dla mnie Comfort Fit nareszcie powraca. Wraz ponad godzinnym materiałem pełnym niespodzianek. Ogólnie owe akty współpracy na "Polyshufflez" za wiele mi nie mówią. No może poza tymi z Edee Dee Peee z Blaktroniks (który ma na swoim końcie także EPkę dla Tokyo Dawn Records too) oraz wraz z tajemniczym, brytyjskim artystą Howarem Markiem. Ale skupiłem się głównie na instrumentalnych aspektach tej płyty, stąd resztę załogi pominę. Po wysłuchaniu dema z "Polyshufflez" (jego 7 minuty w formie miksu możecie spokojnie ściągnąć stąd) dochodzę do wniosku, iż zapowiada się wyważony zbiór wciągającego, nieco glitchowatego hip hopu, przyjemnego rapu oraz wielu różnych wydacznych misz-maszów z półki z muzyką miejską.

Najdziwniejszym sprawą związaną z "Polyshufflez" jest jego data wydania. Bo tak z jednej strony wytwórnia Tokyo Dawn Records informuje o dacie 14 sierpien. Jednakże, z drugiej strony, można już teraz ściągnąć owe 22 numerów wprost z Amazona. Tak czy siak, weźcie jeszcze pod uwagę wywiad z Comfort Fitem odnoszący się do tego nadchodzącego (już po premierze?!) albumu.

21:46, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 lipca 2009
The American Dollars floats in accord with stream

In these days, there's a flood of pretending bands, which want to be a heiress for Mogwai or Godspeed You! Black Emperor. But only handful of them represent something up to instrumental, very epic also, rock volumes. In bush of this repeating texture's system, you also can come up with the instances being outcomes of struggles ofvanishment this sonic chintz. Third album of The American Dollar duo, A Memory Stream, emphasizes that tends to provide glimmers of hope.

album sleeve

Another rock project from USA, you would probably say. Indeed, I would convey the same phrase if I have experienced their first two albums only. Honestly, they weren't as explorable andextendingly -developed instrumental scope as it's always expected when new, fresh forms arrived. I wish I had heard a peculiar wave through this style. Unfortunately, neither "The American Dollar", nor "TheTechnocolour Sleep" couldn't offer me something like that. Although The American Dollar's quite average, not compelling beginnings shouldn't be crossed out their forth efforts.

Richard Cupolo and John Emanuele have lived up to my expectations finally. Third time lucky. These two New Yorkers were both wandering and towering, in order to compile coherent interesting music chain ofsoundscape fully of melody and harmony. Enriched downtempo chassis, they were honing from old outlook of instrumental rock shape. "A Memory Stream" also swells to Ulrich Schnauss fabulous ambient sphere what brings more dreamy, less generic elements on this album. Here was drawn a vision of instrumental rock as unique as it could be done without redundantly leaving its standards. Hammock-like tempo doesn't allow to off-road. Skulking rock expressions revealed by smooth and gradual manners, instead rowdiness.

They strove a test of probe. This album is also a proof that composing instrumental "epic" rock is not necessary to be looped itself. Thus, The American Dollar performed better than God In An Astronaut, for example. Its balladic themes turns many ways but not to far either. So if you especially prefer something tween Epic45 and Explosion in the Sky achievements, you should get to like more advanced, and sometimes a little outlandish, instrumental (it doesn't mean the same as "post") rock made by Cupolo and Emanuele. Let's download scenic Bump or watch and listen, mostly halcyon, Anything You Synthesize.

21:46, marcin.nieweglowski , Reviews
Link Komentarze (1) »
The American Dollars zgodnie z nurtem

Nie brakuje w dzisiejszych czasach tabunu zespołów, które starają się być tudzież udawać następcami Mogwai czy Godspeed You! Black Emperor. Jednakże tylko garstka z nich prezentuje coś więcej aniżeli zajechane na śmierć typowe instrumentalne, epickie rockowe aranżacje. W bluszczu tych powtarzających się nudnych schematów, można natknąć się także na przykłady, które zaprzeczają większości, próbujące popchać popchać ten marazm do przodu. Trzeci album duetu The American Dollar A Memory Stream zaznacza, że może być tą iskierką nadziei.

okładka albumu

Zapewne powiedzie, że to kolejny rockowy projekt z USA. W sumie racja. Też bym to samo powiedział, jeżeli brał bym pod uwagę tylko ich dwa pierwsze albumy. A one, szczerze mówiąc, nie charakteryzowały się niekonwencjonalnym, kreatywnym podejściem do gitarowego spektrum, jak to zawsze jest w przypadku nowych, świeżych zespołów, które dopiero zaczynają swoją karierę muzyczną i w nich upatruje się w dostarczycielach świeżości. Naprawdę chciałbym usłyszeć osobliwy powiew czegoś nowego w tej stylistyce. Niestety ani w przypadku "The American Dollar", ani w "The Technocolour Sleep" nie mogłem poczuć czegoś właśnie takiego. Pomimo tego dosyć średniego, w ogóle nie zachwycającego oblicza The American Dollar nie powinno się ich skreślać. Jak i ich kolejne dokonania.

W końcu Richard Cupolo we spółkę z Johnem Emanuelem podołali zadaniu. I to za trzecim razem. Ci dwaj nowojorczycy majstrowali dosyć intensywnie wędrując w różne strony, aby stworzyć interesujący łańcuch muzycznych krajobrazów pełnych melodii oraz harmonii. Dzięki wzbogaceniu tego downtempowym podłożem, udało im się im skutecznie odejść od dotychczasowego, nieco skostniałego pojmowania instrumentalnego rocka. Krążek "A Memory Stream" nabiera rumieńców także dzięki ambientowej, bajecznej sferyczności w rodzaju Urlicha Schnaussa, co z kolei przynosi z sobą więcej eteryczności i tajemniczości. Została rozrysowana wizja, która stara się być unikalna pomimo wyraźnego trzymania się rockowych korzeni. A to przez umiarkowanie zmienny, hamakowy rytm, która nie pozwala zbytnio na ekstrawagancję. Wszystko toczy się w sposób płynny i stopniowy, co pozytywnie wpływa na zapoznawanie się z co rusz odkrywanymi ekspresjami tych muzyków.

Udało im się przejść na plus przez tą formę próby. Ponadto udowadniają, że tworzenie instrumentalnego rocka nie musi przypominać brnięcie w ślepą uliczkę. Stąd też moim zdaniem  The American Dollar wypadają na tym polu o wiele lepiej aniżeli np. God In An Astronaut. Podszyte balladową niepewnością poszczególne tematy kompozycyjne kroczą swoją drogą bez wszelkich odznak zbytniego zagmatwania. A więc jeżeli szczególnie upodobałeś twórczość Epic45 czy Explosion in the Sky, to nie widzę żadnych przeciwstawiań, abyś zainteresował się tym bardziej eklektycznym, chwilami nieco skomplikowanym, instrumentalnym rockiem. Nie jest to post rock w żadnym razie. Zresztą możesz posmakować nieco z tego albumu: ściągając malowniczy Bump lub oglądając i słuchając, w przeważającej mierze, łagodnego Anything You Synthesize.

21:46, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »