Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


wtorek, 19 maja 2009
Dziewicza odsłona Riceboy Sleeps

Lider islandzkiego rockowego zespołu Sigur Ros, Jón Birgisson razem ze swoją miłością życia Alexem Somersem (osobą odpowiedzialną za okładki albumów do wspomnianego przeze mnie zespołu) postanowili po trzech latach zrobić prawdziwy artystyczny "coming out". Wydając swój pierwszy wspólny album nazywając go po prostu "Riceboy Sleeps" - od nazwy swojego duetu.

duet Riceboy Sleeps

Nie wnikając w wewnętrzne relacje obu panów, postanowili oni ze swojego, multimedialnego przedsięwzięcia przeistoczyć się w ściśle producencki duet. Dowodem na to będzie właśnie album "Riceboy Sleeps". Jednak nie ma co w nim upatrywać jakichkolwiek powiązań do Sigur Ros. Po za tym oczywistym związanym z artystyczną aktywnością Alexa i Jona. Ale Riceboy Sleeps ma więcej wspólnego z iluzorycznym trójkątem ambient-folk-neoklasyka aniżeli z instrumentalnym rockiem.

Do czasu pojawienia się ich debiutanckiego albumu, co ma nastąpić 20 lipca, trzeba zaspokoić się dwoma z dziewięciu kompozycji, które dostępne są na Youtube. Chodzi mi rzecz jasna o All The Big Trees oraz Daniell In The Sea. Dzięki nim można wysnuć, iż nie zabraknie eterycznej, subtelnej, baśniowej błogości. Co ciekawe, "Riceboy Sleeps" zostanie wydany przez Parlophone - jedną z najstarszych wytwórni w Europie, która wydawała m.in. The Beatlesów. Przygotujcie się na prawie 70 minut sakralno-magicznego świata szepczącej metafizyczności.

21:02, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 maja 2009
The Gentleman Losers tracks down a land

Finnish creators of foggy ambient-rock patchworks - brothers duo The Gentleman Losers - will resume their sonic, mysterious thoughts. Albeit their sophomore instalment "Dustland", which will be forthcoming a little over a month, betrays these twins has scooped out a byway.

album cover - source: amazon.com

They aren't any dips, nor deafted people, what may stem from their nickname. Let's reckon it like a metaphor of appeal what's contemporary Scandinavian music scene seduced. Samu and Ville has poped up unexpectedly in 2006 at womb of Buro, a sister of German-British City Centre Office label. Their debut album named simply The Gentleman Losers could be addressing to whole afficionados of an inaccessible, puzzling sounds from Boards of Canada, Mum and Fizzarum - all together galvanised them. Personally, I was emphatically stirred by their magnetic aesthetics in each humble arrangement.

Kuukka brothers had no purpose to make up and release as such similar records as prior. In this case, the electronic surface has slashed, barring more or less (ballanced) an explicit references to lo-fi formula. In return its rich acoustic matter, "Dustland" is featured unquestionably more elements somehow characteristic of project efforts such as: Balmorhea, Hammock and Bibio. Certainly, it still gets on their designed an aural-cinematic document repleted with a mellow, laidback, frugal guitar strings. However, it due to a question. Have they composed again a soundscape from the past, which it hasn't born yet?

But you learn it the hard way, how it's really. Despite doubtless sense of Myspace profile, what should be the first place where you may find out the "Dustland" tunes, it's on the contrary. That's much paradoxically, all tracks (I mean in the form of samples, of course) you can listen at Amazon only. I couldn't overlook also that The Gentlemen Losers second album will be issued directly by the City Center Offices. "Dustland" is heralding by a teaser, which its 2 minutes are jumbled up the suspended, gently spacial guitars in hazy retro, obsolete music collage inscribed.

The Gentleman Losers odnaleźli krainę

Fińscy kreatorzy mglistych ambientowo-rockowych mezaliansów - braterski duet The Gentleman Losers kontynuują swoje muzyczne, tajemnicze przemyślenia. Chociaż ich drugi album "Dustland", który pojawi się za nieco ponad miesiąc, będzie troszkę skokiem w bok tych bliźniaków.

okładka albumu - źródło: amazon.com

Nie są oni żadnymi nieudacznikami czy przegranymi ludźmi, co może wynikać z ich pseudonimu. Po prostu to jakby przenośnia do uroku, którzy rzuca współczesna skandynawska scena muzyczna. Samu i Ville pojawili się nagle w 2006 w łonie Buro - siostry niemiecko-brytyjskiej wytwórni City Centre Office. Ich debiutancki album The Gentleman Losers, mógł zelektryzować fanów nieprzystępnych, enigmatycznych dźwięków spod znaku Boards of Canada, Fizzarum i Mum - wszystko razem wzięte. Mnie dobitnie poruszyła ta ich magnetyczna ascetyczność aranżacji.

Bracia Kuukka nie mają jednak zamiaru wydawać tak samo skomponowanych nagrań, jak poprzednio. W tym wypadku będzie mniej elektroniki, nie licząc bardziej lub mniej wyraźnych nawiązań do lo-fi. Za to na "Dustland" będzie więcej elementów charakterystycznych dla Balmorhea, Hammocka czy Bibio. Oczywiście w dalszym ciągu wszystko to będzie składać się na ich auralowo-filmowy dokument pełen nastrojowych, relaksujących gitarowych korowodów. Czyżby znów nagrali muzykę z przeszłości, która jeszcze nie narodziła się?

Sami przekonajcie się, jak to jest. Pomimo, że Myspace powinien być pierwszym miejscem, gdzie można by znaleźć kompozycje z "Dustland", tak nie jest w rzeczywistości. Paradoksalnie cały materiał (oczywiście w postaci próbek) możecie posłuchać na łamach Amazona. Zapomniałem dodać, że drugi album The Gentleman Losers zostanie wydany bezpośrednio przez City Centre Offices. "Dustland" zapowiada także teaser, którego 2 minuty są pełne zawieszonych, lekko przestrzennych gitar wpisanych w niejasny, retro kolaż muzyczny.

17:15, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 maja 2009
Shitmat tends the rave roots

This youthful breakcore predator hailing from sunny Brighton come offs his high horse of crushing vocation. His fourth album "One Foot in Rave", which will be released as early as morrow by Planet Mu imprint, is heralded to be a journey to past, to the music templates from which he derives an advantages, implementing those influences in create savage mashcore combos then.

album cover

I've emphasized many times that Mike Paradinas's label is just a unique sonic mine, in which basically pull outs all the stops a plenty of the biggest British renegade's producers. Of course, Henry Collins is belonged to this bastards' group. A fellow for whom there is no place for an unattainable peaks or impossible missions, laying out by a banging rough blend on his debut album - "Full English Breakfast" (I advice to check out rude two of them: There's No Business Like Propa' Rungleclotted Mashup Bizznizz and Theme From The 1988 Morris Dancer Massacre).

But it will not be this time. Shitmat's inconceivable way is less hawkish and extremist, although more sentimental and mawkish. This doesn't mean at all that his an insane vinegar has gone by the boards. No dice to Collins relief. Main accent will be decomposed to slightly different way. Hence as many similar producers like him, Henry returns to the past on "One Foot In Rave", especially having a fling and still living 90s in Great Britian. You know - the genuine vibes during illegal gigs at the abandoned factories/ warehouses along with hectic rhythms of classy, oldschool jungle snares, as well as exhilarating rave melodies. Carnage of the mad cuts.

On account of stylistical contex, Shitmat album is resembled a little to Zomby's full-length merit, "Where Were U i '92?", personally. Therefore, there will not be a overflowing mashcore nightmares, but rather Shitmat's countenance, whom you probably haven't known yet. Nearly 20 minutes of "One Foot in Rave" you may try at Planet Mu website.

Shitmat w drodze do rave'u

Ten młody breakcore'owy drapieżca z Brighton spuszcza nieco z tonu. Jego czwarty album "One Foot in Rave", który pojawi się już jutro nakładem Planet Mu, będzie jego wycieczką do muzycznych motywów, z których czerpie inspiracje w tworzeniu swoich mashcore'owych kombosów.

okładka albumu

Nie raz o tym już mówiłem, że wytwórnia Mike'a Paradinasa to kopalnia, dla której pracują w głównej mierze same największe brytyjskie producenckie świry. Jednym z nich jest właśnie Henry Collins. Koleś dla którego w muzyce nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania, waląc tym bardzo pikantnym koglem-moglem na swoim debiutanckim albumie "Full English Breakfast" (sprawdźcie There's No Business Like Propa' Rungleclotted Mashup Bizznizz czy Theme From The 1988 Morris Dancer Massacre).

Nie będzie tak tym razem. Shitmat będzie mniej agresywny i radykalny, a bardziej sentymentalny i ckliwy. Nie znaczy to wcale, iż jego wigor poszedł w siną dal. Wcale tak nie stanie się tylko jego akcent będzie rozłożony trochę inaczej. Jak wielu mu podobnych producentów, na albumie "One Foot in Rave" sięga do przeszłości, do wciąż żywej przeszłości lat 90 w Wielkiej Brytanii. Wiecie ten klimat nielegalnych imprez w opuszczonych halach fabrycznych w rytmie szalonych, oldschoolowych jungle'owych werbli oraz radosnych rave'owych melodii. Zwariowana połamana sieczka.

Stylistycznie longplay Shitmata przypomina mi nieco album Zomby "Where Were U in '92?". Nie będzie więc wylewających się mashcore'owych koszmarów, a raczej takiego Shitmata, jakiego prawdopodobnie do tej pory nie znaliście. Prawie 20 minut materiału "One Foot in Rave" możecie przetestować na łamach strony internetowej wytwórni Planet Mu.

17:12, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »