Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


środa, 31 października 2007
Amerykański hołd rockmenom z Liverpoolu

"All You Need" to czwarty jazzowy egzamin, jaki zespół pod kierownictwem pianisty Davida Kikoskiego i perkusisty Briana Melvina zdają z przetwarzania rockowych standardów Beatles'ów. Gdyby John Lennon żył, zapewne osobiście pogratulowałby ekipie Beatlejazz za stworznenie 66-minutowej dojrzałej harmonii oraz refleksyjnych melodii.

Okładka albumu

Pracę nad albumem "All You Need" rozpoczęły się w zeszłym roku w nowojorskim studio Systems 2. Do pracy nad nowymi, jazzowymi, czysto instrumentalnymi standardami utworów Harrison'a, McCartney'a i Lennon'a, Brian i David zaprosili: Toots Thielemans'a (speca od westernowych harmonijek i organków), saksofonistę Joe Lovano oraz Larry'ego Grenadier'a i gitarzystę basowego z Kamerunu - Richarda Bonę. Ze względu na specyfikę tego amerykańskiego zespołu, członkowie Beatlejazz musieli być bardzo ostrożni i uwraźliwieni na to, by nie wyjść zbyt daleko po za pewne status quo twórczości liverpoolskiej legendy. Jedenaście nagrań "All You Need" to aranżacje zarówno te najbardziej znane, jak i te mniej popularne owej angielskiej rockowej czwórki. Na czoło albumu wysuwa się rewelacyjnie żywe "All You Need Is Love". Niestety głos Richarda Bona nie jest tak wyrazisty, jak "czwórki z Liverpoolu", ponieważ bliżej mu do pokroju Bee Gees. Choć ten sam Kameruńczyk dał w innym nagraniu ("The Night Before") popisową gitarową solówkę. Niesamowitą grą pianina Kikoski chwali się w swingowym "Lady Madonna" z akompaniamencie mgiełkowego basu Grenadier'a. Więcej melancholii i usypiających brzmień Dave i Brian dostarczają w "All Things Must Pass". Beatlejazz rozbudowali w znaczący sposób "Beautiful Boy", który aż kipi od entuzjazmu m.in. harmonijki Thielemans'a.

Można więc rzecz, że jazzowy zespół Melvina i Kikoskiego zdał ten bardzo trudny egzamin po raz kolejny. Ci Amerykanie starali tak wczuć się w klimat Beatles'ów, że Brian uzupełniał każde nagranie brzmieniem tabla (instrument z rodziny membranofonów), którego moc jako pierwsi odkryła m.in. sławetna "czwórka z Liverpoolu". "All You Need" to uniwersum i improwizacja z najwyższej półki. Warto również dodać, że w koncertowym składzie Beatlejazz gra również Polak - perkusista Piotr Lemańczyk. Ci co mieli szczęście mogli usłyszeć kompozycje z "All You Need" na żywo. Na początku tego roku David i Brian odwiedzili m.in. Gorzów, Szczecin i Poznań.

08:03, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 października 2007
Udane przejście po raz trzeci

Zgodnie z założeniami, po zimowo-styczniowej, drugiej odsłonie "Transitions", przyszedł czas na wrześniowo-jesienną trzecią część ze strony guru progresywnych dźwięków - Brytyjczyka Johna Digweeda. Jak głoszą informacje na temat tej kompilacji, trzeci odcinek serii (który wziął swoją nazwę od audycji nadawana na całym świecie m.in. w brytyjskim Kiss 100 oraz polskim Rmi) jest punktem przełomowym dla szefa wytwórni Bedrock w patrzeniu na współczesną muzykę taneczną. Zapewne ten efekt składanka "Transitions Vol. 3" osiągnęła dzięki świeżej krwi, którą John ochoczo promuje na tej płycie. A warto dodać, że to właśnie Digweed wylansował takie nazwiska jak: Luke Fair, Danny Howells czy Chris Fortier.

Okładka kompilacji

Po bardziej udanej dwójce, trzecia część "Transitions" to dalsza, 78-minutowa ewolucja ojca brzmień progressive w stronę klikających i minimalistycznych form muzyki tanecznej, które (co ciekawe) momentami (i to dosyć wyrażnie) wybiegają poza niemiecki monopol. Na 20 nagrań, jedynie pięć należy do znanych producentów i DJów: (remiksy Superpitcher'a i Josha Winka oraz kompozycje Umka, Sashy i Joela Mulla). Reszta to totalne świeży towar, który albo niedawno opuścił bramy wytwórni, albo który czeka na swoją kolej.

Oczywiście do oryginalnych aranżacji nagrań John dodaje swoje pięć groszy, co słychać chociażby we wprowadzającym, niespokojnie pulsującym numerze "Coma". Pokaz muzycznych umiejętności wschodzących gwiazd towarzyszy zresztą od pierwszych minut setu Digweeda. Wpierw melodyjnym tech house'em atakuje Hiszpan Marc Marzenit ("Spheere"). Na trzeciej odsłonie "Transitions" swoje premiery mają m.in. nagrania niemieckiego speca zakwaszanego tech house'u - Sweet'n'Candy ("There") oraz jeszcze bardziej minimalistyczna wersja "Along The Wire" Lawrence'a w wykonaniu Superpitcher'a.

Pierwsza połowa setu Digweeda jest opanowana głównie przez nowe twarze rodem z Niemiec (mechaniczne "Maferefumeco" duetu Einzelkind, przestrzenny "Chest In The Attic" Danieli Stickroth) oraz Francji (surowy "Messene" Paula Ritcha). Druga część jest bardziej zróżnicowana i pokazująca w przeważającej części nieeuropejską scenę trzeszcząco-minimalnych rytmów. Mocnymi akcentami wchodzą reprezentanci Izraela. Dzięki transowemu "Hedonism" duetu Reshuffle, miks Johna nabiera przestrzennej melodii. Poziom transowatości redukuje Chaim zarówno w remiksie "Come Into My World" niemieckiego producenta Pelle Buys, jak w swojej kompozycji "Genesis". Po bliskowschodnim akcencie pałeczkę na "Transitions Vol. 3" przejmują cyfrowe kocie zaloty z Włoch ("Kore" Dusty Kid), południowoamerykańska hybryda europejskiej techniczności ("JS Cuba") Chilijczyka Aldo Cadiza i legowe "Seven" duńskiego projektu Ink & Needle. Końcówka setu Digweeda jest mocna, jak wszystko co było do tej pory. Ostre zakończenie rozpoczynają remiksy: "Giddy Down" w electro-zbasowanej interpretacji Jamie Stevens'a (to ten od australijskiego kolektywu Infusion) oraz chłodniejsza i bardziej clashowa wersja house'owego utworu "Silverlake Pills" Adama Freelanda w wykonaniu Brazylijczyka Gui Boratto. Wielką niespodzianką (chociażby dla mnie) jest pojawienie się na tej płycie nagrania słoweńskiego mistrza techno - Umka. Myślałem, że John popełnił kardynalny błąd umieszczając nagranie Urosa. Jednakże srodze i pozytywnie rozczarowałem się. Umek transformuje się z tłuczącej, mechanicznej i monotonnej aranżacji ku bardziej przestrzennym i dubowym elementom, co wyraźnie słychać w nagraniu "Ricochet Effect". Miks Johna ostatecznie zamyka utwór który jesienią zawojuje globalnie kluby i będzie zarazem kolejnym hitem ze stajni Bedrock. Mowa o numerze Izraelczyka Guy J - "Save Me", które jest wzorcowym przykładem na zrobienie techhouse'owych perełek. Warto dodać, że zawartość tego seta jest równie wysoka, jak styl, w jakim zostały wszystkie nagrania ze sobą połaczone. Nie wyczuwa się już prawie w ogóle przejść stylistycznych między jednym a kolejnym numerem. Ale takie rzeczy to tylko u Digweeda.

Ale to nie koniec niespodzianek, które Digweed przygotował dla swoich słuchaczy i wiernych fanów. "Transitions Vol. 3" nie składa się z jednej płyty, tylko z dwóch. Drugi cedek zawiera 25-minutowy set Johna i jego dobrego znajomego Nicka Muir'a, z którym zakładał wytwórnię Bedrock. "Gridlock" nie jest jednak miksem w jego pierwotnym znaczeniu. To przedłużona (i wcale niemonotonna) wersja nagrania, które pierwotnie miało być podporą pod kolejną EPkę obu panów. W "Gridlock" ścierają się dwie wizje Johna: ta która należy do progresywnej-eklektycznej przeszłości z przyszłością zawartą w kombinacji dubu, techno i minimalu.

Mam nadzieje, że muzyczny punkt g, który John Digweed znalazł i wydobył na "Transitions Vol. 3" nie będzie początkiem spadku lub upadku jego ogólnej formy. Bo tego marka Renaissance raczej by nie przeżyła.
08:13, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 października 2007
Rock'n'rollowy poniedziałek

Fani wyzwolonej muzyki z lat 70. XX wieku (Led Zeppelin, Yes, The Who) oraz szczęśliwi posiadacze dekoderów do telewizji HBO powinni już teraz zacierać ręce z radości. Wieczorem ta stacja pokaże film obyczajowy "U progu sławy" (w oryginale Almost Famous), którego wyróżniono Złotymi Globami i zdobył statuetkę Oscara.

Kadr z filmu

Fabuła filmu Camerona Crowe'a dzieje się w Stanach Zjednocznonych, w 1973 roku. Opowiada historię 15-letniego Williama Millera, który pała miłością do muzyki rockowej i chciałby swoje życie związać z dziennikarstwem muzycznym. Pisze więc swoje recenzje do lokalnej gazety "Creem", jednakże nie jest to jego marzeniem. Chciałby, by jego teksty były publikowane w znanych magazynach muzycznych. Miller dostaje od szefa "Creem" zlecenie przeprowadzenia wywiadu z zespołem Black Sabbath. Niestety Williamowi nie udaje mu się go przeprowadzić, lecz poznaje Penny Lane - idolkę wschodzącego zespołu rockowego z Michigan. Penny przedstawia Millera członkom Stillwater. Recenzja z występu tegoż bandu zwraca uwagę redaktorów prestiżowego magazynu "Rolling Stone". Nie mają oni świadomości, że mają do czynienia z nieletnim i zlecają mu napisanie reportażu z trasy koncertowej Stillwater. Mimo przeciwskazań ze strony mamy Williama, rusza on razem z tym rockowym zespołem na tourne po Ameryce. Trasa ta stanie się jego prawdziwą szkołą rock'n'rollowego życia.

Mimo że fabuła nie jest jakoś zbytnio oryginalna, to warto zwrócić chociażby uwagę na kontekst samego filmu. Jest on w połowie autobiografią. W młodości Crowe był dziennikarzem magazynu "Rolling Stone" i towarzyszył trasom koncertowym takim rock'n'rollowym dinozaurom jak: Lynyrd Skynyrd i Led Zeppelin. Stillwater to tak naprawdę fikcyjne alter ego ekipy The Allman Brothers, której Cameron towarzyszył jako 16-letni żurnalista w okresie trzytygodniowego tourne mające miejsce w grudniu 1973 roku. Cała historia została przedstawiona przy dźwiękach legend tamtych czasów: David Bowie, The Seeds, Yes, Rod Stewart, The Who, Elton John, Led Zeppelin. Zwiastun filmu "U progu sławy" można zobaczyć tutaj.

14:18, marcin.nieweglowski , Kawa na ławę
Link Dodaj komentarz »
Jazzowe wycia z Danii już niedługo
Nazywany Miles'em XXI wieku duński jazzman Tav Klitgaard powróci na scenę już 12 listopada. Tego dnia odbędzie się premiera jego najnowszego albumu "Holws!", na którym odda on hołd rodzimym producentom ze sceny hip hop, jazz oraz elektroniki.

Okładka płyty

The Einmarsch to electrojazzowy projekt, na którego czele stoi Tav Klitgaard. O tym mieszkańciu Kopenhagi mówi się również to, że mało kto zna swoją trąbkę tak, jak on. Tworzy stare obrazy za pomocą nowych kolorów. Według opinii niektórych Tav jest osobą, dzięki której jazz całościowo wszedł do świata XXI wieku. W skład zespołu The Einmarsch (oprócz wspomnianego lidera) wchodzą także: Albert Raft (trąbka, bas, gitara), Tune Madsen (perkusja, sample) oraz Nicolai Seerup (gramofony, sample). Znani są ze współpracy z takimi muzykami jak: Melk, Malkin Zany, Nobody Beats The Beats czy Senor Coconut. Materiał na album "Holws!" powstawał przez ostatnie dwa lata. Dziesięć nagrań to hołd Kligaarda złożony dla duńskich muzyków, którzy tworzą tamtejszą scenę muzyki elektronicznej, hiphopowej oraz jazzowej. Album jest czymś pomiędzy lo-fi'ową estetyką Kraftwerku, dużym zagęszczeniem w stylu Prefuse'a 73 oraz nowatorskim podejściem ala Jaga Jazzist.

1 października miała miejsce w Danii premiera "Howls!". Było to spowodowane rozpoczęciem skandynawskiej trasy koncertowej ekipy The Einmarsch, której start zaplanowano na ten okres. Natomiast płyta pojawi się na świecie i w całej Europie 12 listopada. Album ekipy Tav Klitgaarda promuje 16-minutowy miks nagrań z "Howls!", który można pobrać stąd.

07:44, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Noc z kubańskimi legendami w Dwójce

Na ucztę z najwyższej półki powinni przygotować się dzisiaj fani latynoskiej muzyki. Program TVP 2 wyemituje dzisiaj o 1.20 w nocy (sic!) "Buena Vista Social Club" - niezwykły dokument Wima Wendersa, który został uhonorowany Europejską Nagrodą Filmową oraz był nominowany w 2000 roku do Oscara.

Zdjęcie jednego z bohaterów dokumentu

Źródłem powstania filmu o grupie najbardziej znanych kubańskich muzykach była wyprawa w 1996 roku kompozytora Ry Cooder'a do tego karaibskiego kraju. Został on zafascynowany legendą grupy z Hawany, o której usłyszał pierwszy raz w latach 70. ubiegłego wieku. Spotkanie to z szesnatoma wiekowymi (mającymi przeważnie ponad 70 lat) już mistrzami - instrumentalisami i wokalistami zaowocowało powstaniem płyty "Buena Vista Social Club", która globalnie wypromowała muzykę kubańską. Dzięki niej ludzie dowiedzili się o istnieniu latynoskiego jazzu czy trova - tradycyjnej muzyce folkowej z Kuby. Na dodatek płyta ta sprzedała się w milionowym nakładzie i została uhonorowana nagrodą Grammy. Rozpoczęła ona także modę na karaibskie brzmienia w USA oraz w Europie.

Wim Wenders, podążająć śladami swojego przyjaciela, przybył w 1998 roku z ekipą filmową do Hawany i przez wiele miesięcy nagrywał występu tego zespołu. Tytuł samego filmu wywodzi się od nazwy hawańskiego klubu muzycznego, z którym ta grupa muzyków była związana w okresie, mająca miejsce w latach 40. ubiegłego wieku, jej największej popularności. Warto dodać, że owi Kubańczycy nigdy nie tworzyli formalnie zespołu, a ich historia dotyka przedrewolucyjnych czasów. To dzięku Ry Cooderowi zaczęli oni grać razem. A byli nimi: śpiewak Ibrahim Ferrer nazywany "kubańskim Nat King Colem" (zmarły w 2005 roku), gitarzysta i kompozytor Compay Segundo oraz pianista Ruben Gonzalez (obaj zmarli w 2003 roku), gitarzysta Eliades Ochoa, piosenkarz Pio Leyva (odszedł w ubiegłym roku), basista Orlando Cachaita Lopez, pieśniarka Omara Portuondo, a także Juan de Marcos Gonzalez, Manuel Puntillita Licea, Barbarito Torres, Alberto Vigilio Valdes, Julio Alberto Fernandez. Cała ta ekipa pochodziła z nizin społecznych. Jako dzieci nauczyli się gry na poszczególnych instrumentach, dzięki którym zarabiali na chleb. Jednakże do czasów spotkania się z Cooder'em, muzycy od ponad 40 lat popadali w coraz większe zapomnienie.

Film Wendersa składa się z detektywistycznych poszukiwań legendarnego lokalu, z prac nad płytą "Buena Vista Social Club", wypowiedzi poszczególnych muzyków, fenomenalnych koncertów grupy w Amsterdamie i nowojorskiej Carnegie Hall oraz obrazu niszczejącej komunistycznej stolicy Kuby - Hawany. Oczywiście przez ponad 100 minut towarzyszy widzowi kubańska muzyka. Przemawia przez nią radość z każdego dnia oraz umiłowanie życia. Paleta pełna kolorów i karaibskiego mistystyzmu skonfrontowana z indoktrynacją ludzi legendami o Che Guevarze. Warto przytoczyć recenzję "Buena Vista Social Club" jednego z polskich krytyków filmowych: Film Wendersa stanowi świadectwo, że artystyczna pasja połączona z autentycznym talentem pozwalają przeżyć nawet komunizm. Warto popatrzeć nawet tylko na ich twarze: radość, że stało się niemożliwe, udziela się widzowi.

Dokument Wima to zwycięstwo nad zapomnieniem, zideologizowaniem muzyki, marginalizacją tradycyjnej muzyki oraz nad zniewoleniem umysłów. Na łamach serwisu Youtube znajduje się zwiastun filmu "Buena Vista Social Club.

12:39, marcin.nieweglowski , Kawa na ławę
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7