Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


niedziela, 30 września 2007
Najlepsze dla śpiochów

Często spotykałem się z tym, iż szwedzki downtempowy duet Carbon Based Lifeforms mylono z fińskim hard dance'owym kwartetem Carbon Based. Widać różnica w nazwie jest niewielka, za to wielka jest przepaść pomiędzy tymi północnoeuropejskimi muzycznymi projektami. Może o tym drugim opowiem kiedy indziej (czytaj jeżeli będą robić coś oryginalnego, a nie tylko powielać schematy brzmienione rodem z Tidy Trax czy Nukleuz). O wiele ciekawsza jest historia tego pierwszego projektu - duetu przyjaciół z Geteborga, których muzyczne korzenie sięgają aż czasów amigowej demo sceny aż po bycie czołowymi reprezentami czołowej europejskiej wytwórni psy ambient, francuskiej Ultimae Records, nakładem której w grudniu 2006 roku pojawił się ich drugi album "World Of Sleepers".

Okładka płyty

Historia Daniela Ringströma i Johannesa Hedberga wygląda w telegraficznym skrócie następująco: ci rówieśnicy i przyjaciele poznali się na początku lat 90. dzięki sławnej Amidze; w 1994 roku stworzyli (wraz ze znajomym Mikaelem Lindquistem) Bassment Studios eksperymentując z brzmieniem acid, house i techno; równolegle stworzyli alternatywny projekt - ambientowy Notch; z niego wykluł się Carbon Based Lifeform, a Mikael rozpoczął solową karierę; w roku 2002 Daniel i Johannes podpisali kontrakt z francuską wytwórnią Ultimae tworząc dla niej dwa fenomenalne albumy: "Hydroponic Garden" i "World Of Sleepers".

Ci 31-latkowe pokazują, że są bez wątpienia mistrzami w łączeniu podwodnych, nieodkrytych, tajemniczych głębin natury, które zostały wyłowione na światło posturbanistycznej metropolii. Całość "World Of Sleepers" tworzy bez dwóch zdań totalną magię dźwięków, która porywa w inny wymiar rzeczywistości. Połączenie transowego nastroju ala Solar Quest oraz modernistycznej wizji na kształt Future Sound Of London kontrastuje z naturalnym spokojem The Orb. Przybiera to niesamowite kształty jak z tytułowym "World Of Sleepers", gdzie dodatkowo żeński głos Anny Segerstad (koleżanki Daniela i Johannesa), co tworzy formułę - pas transmisyjny z wszechświatem, o którym zawsze marzył Juan Atkins. Jak dla mnie to "World Of Sleepers" jest płytą roku 2006 w kategorii ambient / downtempo.

20:15, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 września 2007
Odświeżacz płyt #2

Co by powstało z połączenia Public Enemy z Beastie Boys i po przefiltrowaniu tego wszystkiego przez jungle, hard rock, etno oraz dub? Nic innego aniżeli eklektyczni wojownicy spod znaku Asian Dub Foundation. Ogromna siła tradycyjnych dalekowschodnich-pakistańskich korzenii w składzie: Dr. Das, Deeder Zaman, DJ Pandit G, Chandrasonic oraz Sun-J.

Okładka płyty

Zintegrowała się ona w jedną całość po listopadowym wydarzeniu Birmingham w roku 1986, kiedy to Satpal Ram w obronie koniecznej ranił nożem śmietelnie jednego z sześciu rasistów, którzy zaatakowali go w jednej z tamtejszych restauracji. Pokazowy proces, obrazujący zacofanie intelektualne angielskiego białego sądu, doprowadził do tego, że został on skazany za mordestwo (sic!) na dożywocie.

Ta niespawiedliwość zapłodniła umysły pięciu Brytyjczyków azjatyckiego pochodzenia ku walce z rasizmem, nietolerancją, kłamstwem oraz niesprawiedliwością społeczną poprzez muzykę. Ich „Fakty i Fikcje” ("Facts & Fictions"), wydane w 1995 roku dla Nation Records, stały się ich pierwszym programem politycznym, w którym potępiali zarówno zakłamanie („PKNB”), jak i postimperialną mentalność, która ściśle wiązała się z niemoralnym traktowaniem „niebiałych” ludzi („Rebel Warrior”). Akcje Azjatyckiego Fundamentalnego Dubu przynoszą efekt: od 2002 roku Satpal Ram cieszy się już wolnością. Ale Asian Dub Foundation nie poprzestali na jednej wybranej bitwie. Oni chcą wygrać całą wojnę.

08:12, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 września 2007
Jeździec z Andaluzji

Co wyjdzie z połączenia klasycznych brzmień Fryderyka Chopina i Jana Sebastiana Bacha wraz z fascynacją wojenno-militarystycznym klimatem oraz ambientowym podejściem do muzyki symfonicznej? Hiszpański niebieski jeździec, czyli Der Blaue Reiter. Za tym pseudonimem stoi 28-letni Sathorys Elenorth. Ten Hiszpan jest znany z ambientowo-klasycznego projektu Lugburz oraz folkowo-symfonicznej grupy Ordo Funebris, z którą wydał dwa albumy. Sathorys o swojej muzyce mówi jako złowieszczy apokaliptyczny, neoklasyczny ambient. Choć dla niektórych muzyka Der Blaue Reiter to pop, a nawet rock (sic!).

Okładka płyty

Warto wspomnieć już na samym początku główną przyczynę stworzenia tego albumu. Inspiracją dla niego był rok 1939, a konkretnie inwazja na Polskę oraz totalne jej zniszczenie przez najeźdzców. Tak na wstępie to "Le Paradis Funebre L'Envers Du Tristesse" powinno być stać się muzycznym tłem do  corocznych ekspozycji, które upamiętniają 1 i 17 września. Sam album podzielony jest na dwie części - historie. Od pierwszych minut tego ponad godzinnego koncertu wyłania się niepewny i ponury obraz. Militarne odgłosy zbliżającej się perkusji, nadciągające zło oraz chór ideologicznej nienawiści rozciąga się nad całą tą płytą. Wyśmienicie Sathorys posługuje się różnymi motywami. Nagranie "The Return Of The Light" rozpoczyna się od przygotownia słuchacza na zniszczenie Warszawy kończąć chórem 200 tysięcy mieszkańców stolicy (którzy zginęli pod koniec 1944 roku w totalnym bombardowaniu tego miasta z rozkazu Hitlera) oraz obrazem postapokaliptycznej i postindustrialnej powojennej rzeczywistości. Przez "The Grave Of Mankind" przemawia anihilacja, która pozostawiła po sobie jedynie groby oraz ból i cierpienie najbliższych. Pierwsza część tego albumu jest dokładnie rozbudowana, podzielona dodatkowo na pięć odsłon. Wzmacnia to szczególnie odbiór kompozycji Elenortha. Przy tworzeniu "Le Paradis Funebre L'Envers Du Tristesse" ten Hiszpan współpracował z Lady Nott (znajomą z zespołu Ordo Funebris), której głos wykorzystał m.in. w drugiej części albumu oraz Fernando Manchado (autor bonusowego nagrania) - autor przeróbki "Into Heaven's Maze".

Płyta Sathorysa idealnie wspasowałaby się w klimat tragicznych w skutkach filmów wojennych. Może nie do końca w kontekst "Katynia", ale np. filmu opowiadającego o polskim wrześniu roku 1939. Wojenna bezduszność, cierpienia mordowanych ludzi i błogi spokój po ich eksterminacji oraz społeczno-emocjonalna pustka, pustynia - to wszystko zawiera album tego hiszpańskiego kompozytora. Pozycja, do której należy się solidnie przygotować i odpowiednio nastawić, gdyż w przeciwnym wypadku wysłuchanie tego materiału grozi poważną w skutkach depresją.
08:19, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 września 2007
Jubilerska terapia

Kilka tygodni temu przyszła smutna wiadomość z kraju klonowego liścia. Wytwórnia Sublight Records, którą sam nazywałem "kanadyjskim Warpem", po niecałych pięciu latach działalności przestaje istnieć. Znana była z wydawania północnoamerykańskich eksperymentatorów (Venetian Snares, Richard Devine, The Flashbulb, Enduser, Sincere Trade), jak i promowania świeżych, oryginalnych i niekonwencjonalnych producentów z Europy (Ebola, Gareth Clarke, Ra, Puzzleweasel). Pochodząca z lipca tego roku kompilacja "Imaginary Friends" to prawdopodobnie ostatnia pozycja oficyny Sublight Records. Ostatni album dla tej wytwórni wydał w kwietniu ubiegłego roku producent z Brooklynu o pseudonimie Datach'i. Widać, że ta najbardziej znana dzielnica Nowego Jorku to nie tylko kuźnia hiphopowych producentów, ale również idealne miejsce - zagłębie do wykluwania się radykanych, asertywnych form elektronicznych.

Okładka płyty
Gdzie wyrachowany Venetian Snares spotyka się z niegrzecznym Aphexem Twinem, tworząc muzyczną parę gejów, którzy występują na żywo - tak można scharakteryzować twórczość Josepha Faioli. Jego "Shock Diamonds" jednak nie szokuje, jakby to z tytułu wyglądało. Czternaście (ostatnich dla Sublight) nagrań Datach'i'ego to pędzące raz w strachu przed czymś, raz ku czemuś, borderline'owe atrapy maniakalnych stanów po przełknięciu koktajlu z odłamków science fiction piaskowato-metalicznego Autechre oraz agresywnych i glitchowanych kreatur wyciągniętych z muzycznego laboratorium Richarda Devine'a. Niestety przeważająca większość numerów z "Shock Diamonds" powtarza pewien schemat aranżacyjny, który już po trzecim lub czwartym nagraniu mogą dosyć irytować. Jedynym dosyć normalnym utworem Josepha na tej płycie jest otwierający album "Twin Gant", w którym nieprzyzwoicie chropowate dźwięki starają się poderwać i adorować wrażliwe i ułożone klasycznie nuty. Gdyby było więcej takich rarytasowych akcentów, to zapewne płyta była by o wiele ciekawsza. A tak niestety "Sock Diamonds" to kolejna pozycja, dzięki której słowo "glitch" czy "idm" nabierają coraz bardziej miałkiego i bezpłodnego znaczenia.

08:22, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 września 2007
Odświeżacz płyt #1

"Modus Operandi", czyli "sposób działania", "tryb postępowania". Ten debiutancki album Brytyjczyka Ruperta Parkes'a, wydany ponad 10 lat temu, przyczynił się do tego, iż Photek został uznany przez wielu za mistrza w tworzeniu perfekcyjnej i niesamowitej atmosfery połamanych podkładów. Genialnej technicznej wirtuozerii. Przylgnęła również do niego etykietka ojca "samurajskiego cięcia".

okładka płyty

O tym jaką rewolucję poczynił w ówczesnej, małoznanej scenie jungle niech świadczy fakt, że brytyjska megakorporacja muzyczna – Virgin utworzyła specjalnie dla niego pododdział – Science. „Modus Operandi” tworzyło się przez okres półtora roku. Osiemniaście miesięcy walki z komputerem oraz samplerem Emu, z którym Parkes nie rozstaje się od 1991 roku. Momentami był skory do spędzania kilku dni nad jedną sekcją rytmiczną. A końcowy efekt ... nie ma chyba lepszego słowa w języku polskim, aniżeli słowo „wyśmienity”. Imponujący klimat, który ostro ociera się o Kraj Kwitnącej Wiśni (vide autor był czynnym pasjonatem judo i jujitsu) wraz z jego najbardziej charakterystycznym symbolem – samurajskim mieczem. Każde z dziesięciu nagrań Rupert’a to inne cięcie, inne zachowanie, osobisty koloryt, inna forma tajemniczości oraz nieopisanego mistycznego mroku. Jego muzyka jest taka, jak jego wypowiedzi – oszczędne i tajemnicze, ale zarazem dosadne-kompleksowe i precyzyjne. Muzyczny rzemieślnik z krwi i kości, dla którego zawsze najważniejsze było czynne tworzenie swoich dzieł, aniżeli bierne odtwarzanie, pokazywanie się zza konsolety. „Modus Operandi” to przykład tradycyjnego, ortodoksyjnego jungle, gdzie technika „cut’n’paste” odgrywała wiodącą rolę w budowaniu bardzo dokładnych sekwencji. Minimalizm wyrazistości na tym albumie jest równie mocny, jak w kompozycjach jazz’owych, do których zresztą Parkes nawiązuje w dwóch nagraniach: tytułowym „Modus Operandi” oraz „KJZ”. Ten debiut Photka nie został stworzony na klubowe parkiety, a jedynie do domowej, muzycznej kontemplacji. „Modus Operandi” to kult muzyczny, jeden z najważniejszych albumów w historii drum’n’bass & jungle. Dobrze, że kopię (wydaną jeszcze na kasecie) mam w domu, bo inaczej musiałbym popełnić sepuku.

Ale mam dobrą wiadomość dla tych, którzy go nie słyszeli. Photek pracował ostatnimi laty nad nowym materiałem z ludźmi z kręgu amerykańskiej sceny hip hop, dancehall & drum’n’bass. W międzyczasie, w tym roku pojawiła się płyta "Form & Function Vol. 2" (zawierająca remiksy m.in. Teebee'go, Dylana czy DJ Die'a), która jest niestety cieniem jego twórczości z połowy lat 90.

08:38, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2