Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


czwartek, 31 lipca 2008
Orientalne Kilimanjaro w barwach funku

Po trip hopie, hip hopie, techno, postrocku oraz free jazzie najwyższy czas, by japoński, frywolny funk zawojował świat. Dzięki swojemu debiutanckiemu albumowi "Mountain Mocha Kilimanjaro", sekstet Mountain Mocha Kilimanjaro ma wielkie szanse, by dokonać tego w przeciągu najbliższych kilku lat.

okładka albumu

Z zewnątrz wyglądają oni, jak prawdziwi gentlemeni – ludzie z nie z tej epoki. Ale modowo-imidżowy walor ekipy Mountain Mocha Kilimanjaro nie jest jedynie pustym zabiegiem wizerunkowym. Niesie on za sobą głębsze przesłanie. Ich stylizacja na przełom lat 60. i 70. ubiegłego wieku (np. koncertowanie w trzyczęściowym garniturze) ma związek z wielkim szacunkiem, jaki ten sześcioosobowy zespół darzy muzyczną historię z tego okresu w USA. Nastanie ery funku w postaci ekip The Meters, Funkadelic oraz artystów-symboli: James'a Brown'a i George'a Clinton'a. Mountain Mocha Kilimanjaro istnieją od kilku lat w niezmienionym składzie w postaci: trąbkarza Naohito Yomoda, saksofonisty Kunimitsu Ohashi, gitarzysty Naokazu Kobayashi, klawiszowca Yuki Mizoguchi oraz basisty Yusuke Kondo i perkusisty Satoshi Okano. Do tej pory występowali głównie w Japonii wykonując covery nagrań m.in. James'a Brown'a. Ostatnio ten japoński sekstet wystąpił podczas tegorocznej odsłony prestiżowego Fuji Rock Festival, gdzie zaprezentował swój debiutancki materiał.

Kilkanaście tygodni przed tym wydarzeniem, wielce zasłużona, tokijska wytwónia P-Vine (nazywana "japonską Motown", choć coraz bardziej otwiera się na hip hop i nurty w muzyce miejskiej) wydała pierwszy album funkowego bandu Mountain Mocha Kilimanjaro. Krążek nazwany po prostu i zwyczajnie Mountain Mocha Kilimanjaro to wypielęgnowane oraz nienaganne wykonanie poleceń i próśb ducha funku. Choć tak naprawdę jest to wyrafinowany zestaw pod tytułem "model funk+". Chłopaki nie ograniczyli się do jego w czystszej postaci. Jednakże Mountain Mocha Kilimanjaro nie są aż tak radykalni i bezwzględnie nowoczesni jak Ruckus Roboticus. Sięgają oni raczej do rodziców funku: muzyki afrykańskiej (wyraźnie oznaczone w interludach oraz na samej okładce) oraz jazzu (bigbandowe "Baggy Pants" i "Why Am I Standing Here?"). Momentami ma się wrażenie, iż słyszy się prepreacid jazz ("The Bunch"). Ale to wszystko i tak wyłącznie są smacznymi przystawkami. Całością rządzą grasujące, mszalne akordy Hammonda, wirująca metaliczna perkusja (której uderzenia przypominają wbijanie żelbetonowych pali w ziemię) oraz wyzwolone gitarowe pociągnięcia skaczących "wah-wah". Mimo tak skromnego warsztatu ten japoński sekstet mutuje z niego przeróżne kombinacje. Raz członkowie Mountain Mocha Kilimanjaro rozkręcają się w dęciakowo-gitarowym tańcu radości ("Yellow Soul Force", "Eastwood Magic City", "Oh! Don't Touch, Just Watch Me!"), by po chwili płynnie przejść w barowe, kamieralne, ale za to bardziej widowiskowe obrzeża czarnej muzyki ("The Changes", "Big Pig Affair"). Oddźwięk na płycie ma także lekko zaakcentowany electro funk ("D.F.T.").

Muzyka Mountain Mocha Kilimanjaro jest na wskroś ahomogeniczna. Nie ma w niej ani kszty kaprysu, ani dławiącej artystyzm w zarodku stylistycznej poprawności. Zresztą trudno mówić o jakichkolwiek ramach w przypadku funku – muzyce żywiołowej wyrywającej się przy każdej nadażającej się okazji. Przez debiutancką twórczość tych Japończyków z Saimaty przemawia pewność siebie, która jest w pełni uzasadniona. Po Kyoto Jazz Massive, Sleep Walker oraz Quasimode, członkowie Mountain Mocha Kilimanjaro są kolejnymi przedstawicielami sceny muzyki czarnej z Kraju Kwitnącej Wiśni, o którym świat jeszcze wiele dobrego usłyszy. Idą oni po dobrej na fali, której sprzyja boski Kamikaze. A sam Herbie Hancock będzie musiał wcześniej lub później zrewidować swoje spostrzeżenia na temat muzyki jazz i funk. Bo dusza tej muzyki nie jest jednokolorowa, a tak naprawdę dwukolorowa: czarno-żółta.

17:03, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 lipca 2008
Rejs po kodach Subsonic Park

W trzynasty rok swojej działalności niemiecka oficyna Elektrolux wchodzi w mocnym i niezmiernie udanym wydawnictwem. Album "Inner City Codes" duetu Subsonic Park to nic innego, jak figlarne psybientowe pasaże oraz smugi dubowych spiral pochodzące z najodleglejszych zakątków wszechświata.

okładka albumu

Bez wątpienia ta wytwórnia z Offenbach należy do grona tych, które nie starają się oferować odbiorcom próżniaczej wersji downtempo czy też łatwej, lekko strawnej oraz błyszczącej porcji hotelowego chilloutu. Podobnie jak Sofa Beats, Cosmicleaf, Sunline, Ultimae czy Chillcode, Elektrolux czerpie stylistyczną witalność oraz unikalność z potecjału world music (szczególnie z szerokiej, wielowątkowej historii dubu i etno) oraz magicznej, szamańskiej estetyki muzyki psychedelic trance, której korzenie tkwią w Indiach. Rozwijana przez lata soniczna marka Elektrolux zawdzięcza swoją niezwykłość dwom osobom – przyjaciołom: Alex'owi Azary (założycielowi tej oficyny) oraz Gabriel'owi Le Mar. To oni współtworząc przez ostatnie kilkanaście lat takie projekty jak Saafi Brothers czy Aural Float, wynieśli fenomen Elektrolux na najwyższe partie, trudno dostępnych i ekstremalnie wymagających psybientowych gór jakości.

W zeszłym roku tych cyfrowych nomadów dopadła głęboka refleksja. Nad stanem muzyki elektronicznej, tej ze "wczoraj", "dzisiaj" oraz "jutrzejszej". Zatęsknili oni za rewolucyjnym brzmieniem dubu rodem z takich wytwórni jak: Basic Channel, Styrax Records oraz Deepchord. Azary i Le Mar zaczęli snuć hipotezy, co byłoby, gdyby w ich życiu nie znalazłoby się miejsca na uniwersalne i ponadczasowe dźwięki z Detroit, a w szczegóności w wykonaniu Underground Resistance oraz Carl'a Craig'a. O ile oni sami byliby z tego powodu ubożsi duchowo i intelektualnie. Wynikiem tych przemyśleń okazało się powołanie na początku tego roku projektu Subsonic Park. Idąc za ciosem – stworzenia krążka, który byłby ich akustyczną odpowiedzią na nurtujące w przeciągu ostatnich miesięcy pytania. I tak o to narodził się Inner City Codes – dziesięcioczęściowy album, pełen odwołań do źródeł inspiracji samych autorów. Autorzy spoglądają na to wszystko z wysokości, na której usytuowana jest stratosfera, czyli jest rzeczowo, konkretnie oraz bez zbędnych emocjonalnych zagrywek. Pierwsze pięć nagrań longplaya bezpośrednio odwołują się do spuścizny muzycznej Detroit oraz europejskich innowatorów dubu. Figlarność podana w oszczędny sposób w "Red Shift" daje do zrozumienia, że jego adresatem jest wytwórnia ~Scape. Tytułowe nagranie "Inner City Codes" aż rozpiera nietuzikowy powiew wielkich dni Detroit, które w obecnych czasach stara się kultywować m.in. Aril Brikha. Ducha technologicznych rozwiązań duet Subsonic Park zdradza w "After Dark". W nagraniu które łączy podrasowane etniczne bembenki Crow Tongue z muskającymi, afrobeatowymi śladami Deadbeat'a. Druga część materiału "Inner City Codes" ma wyraźnie orzeźwiający psybientowy charakter. Wyjątkiem jest "X-Ident", którego konstrukcja przypomina nietuzinkowe, surowe, idmowe uderzenia duetu Autechre sprzed kilku lat. Wraz z ostatnimi sekundami numeru "Signs Of Life", rozpływa i ulatnia się w przestrzenii zasad fizyki oraz chemii cały ten intelektualny spacer po muzycznym bulwarze.

Debiutancki (wszak pod innym pseudonimem, więc i pierwszy) album duetu duetu Azary-Le Mar jest synergią historycznych dźwięków. Epopejowy, ambientowy dub techno bez ostentacyjnych sygnałów – perkusyjnych uderzeń, z równie wielkimi pokładami energii – powiedziliby w tym miejscu sami zainteresowani. Ci, co znają twórczość tych dwóch Niemców, znajdą także na "Inner City Codes" nawiązania do dyskografii Aural Float, a w szczególności do serii kompilacji "Space Night". W muzyce Subsonic Park są wszechobecnie odczuwalne wibracje płynące z bicia trójmiejskiego serca: Detroit-Kingston-Berlin. Po raz kolejny wytwórnia Elektrolux udowadnia, że downtempo nie musi być zamknięte w wieży z kości słoniowej. Brak monokultury to podstawa jej przetrwania, czego przykładem jest zeszłoroczna płyta Chris'a Zippela Genuine Horizon. Album "Inner City Codes" to również kolejna w ostatnim czasie pozycja (po "How The Future Sounded" Kuba oraz "Mystique" Astral Waves), która ukazuje potęge, grzebiącej w zakamarkach zapomnianych etninczych brzmień, muzyki psybient.

17:23, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 lipca 2008
Król współczesnego jazzu w Polsce

Jedna z żywych legend muzyki jazz – pianista Herbie Hancock wystąpi pod koniec roku w Poznaniu. Zagra on drugiego grudnia w hali widowiskowo-sportowej Arena – podczas odbywającej się w stolicy Wielkopolski Konferencji Klimatycznej ONZ.

Herbie Hancock

Ten pochodzący z Chicago muzyk zaczynał u boku samego Miles'a Davis'a w jego kwartecie. Zapisał się on nie tylko na kartach historii jazz, ale innych nurtów muzycznych. W przeciągu swoje kariery Hancock współpracował zarówno z Bill'em Laswell'em, Tiną Turner, Christiną Aquilerą, jak i z Carl'em Craig'iem. To także Herbie'go uznaje się za ojca scratch'ów, które spopularyzował w swoim nagraniu Rockit.

Hancock nazywany artystą – kameleonem będzie drugą wielką gwiazdą (po Nelly Furtado), która wystąpi w tym roku Poznaniu z okazji Roku Klimatu i Środowiska. Jego koncert w Wielkopolsce będzie też związany z jego globalną trasą koncertową promująca najnowszy album River: The Joni Letters. To za nią, poświęconej kanadyjskiej artysce nurtu folk – Joni Mirchell, Hancock dostał w tym roku dwie nagrody Grammy w kategorii: Album Of The Year oraz Best Contemporary Jazz Album. Warto wspomnieć również o tym, że "River: The Joni Letters" jest pierwszą od czterdziestu czterech lat jazzową płytą (od czasów latynoskiego krążka "Getz / Gilberto" Stana Getza) uznaną przez owe szacowne jury muzyczne. Niedawno "Time" umieścił Herbie'go w setce najbardziej wpływowych osób.

W Poznaniu Herbie zagra w ramach swojego projektu The Herbie Hancock Quintet, w którego skład wchodzą również: trąbkarz Terence Blanchard, basista James Genus, afrykański gitarzysta Lionel Loueke, harmonijkowiec Gregoire Maret (współtworzy także Pat Metheny Group) oraz perkusista Kendrick Scott.

23:16, marcin.nieweglowski , Kawa na ławę
Link Dodaj komentarz »
Wieloznaczny Matty G

Dubstepowy wirus dotarł i zadomowił się na dobre także w USA. To tam za kilka miesięcy będzie miała premiera "Take You Back" – debiutanckiego albumu dobrze zapowiadającego się producenta z Kalifornii – Matty G.

okładka albumu

Ten adept, któremu pozwolono poznać meandry przeszywających werbli oraz rozlewającego się w przestrzenii basowego napięcia, pokonuje kolejny stopień dubstepowego wtajemniczenia. Po trzech latach produkcji Matty G dojrzał do stworzenia pierwszego w swojej historii albumu. Stąd też ostatnie miesiące spędził on wyłącznie w Beach Hill – w swoim studiu w mieście Santa Cruz, w którym mieszka od dziesięciu lat. Płyta "Take You Back" będzie po brzegi wypełniona życiowym, eklektycznym spektrum muzycznym. Będą na niej przewijały się motywy zaczerpnięte z reggae, soulu, funku, a nawet rocka.

Szczególnie interesująco zapowiadają się aranżacyjne kolaże z hip hopem. Nie od dzisiaj wiadomo, że Matty G słynie z tego, iż łączy dubstep z brzmieniem rap z Zachodniego Wybrzeża. Do pracy nad swoim albumem ten Kalifornijczyk zaprosił zastęp amerykańskich wokalistów – przyjaciół. Są nimi Juakali (mistrz ceremoni z Nowego Jorku), Luv Fyah, Ugene oraz Audio Angel (często użycza swojego głosu na drum'n'bassowych krążkach; nota bene także aktorka). Album "Take You Back" pojawi się w wersji kompaktowej i cyfrowej (po czternaście pozycji) oraz winylowej (dziewięć nagrań). Całość materiału ma tworzyć muzyczny obraz "spokojnej i mglistej nocy w Santa Cruz".

Longplay "Take You Back" pojawi się we wrześniu nakładem wytwórni Argon. Debiutancki album Matty G promuje sampler zawierający takie utwory jak: "50,000 Watts", "Last B Boy" oraz "The 808 Bass".

Matty G

Pochodzący z San Francisco saksofonista Matty G wychowywał się na muzyce soul, hip hop oraz reggae. Na fali house'owej euforii przeniósł się wraz z przyjaciółmi dziesięć lat temu do Santa Cruz. Tam później zetknął się on z muzyką drum'n'bass. To tam także Matty G rozpoczynał swoją karierę jako DJ. Jednak w dłuższej perspektywie czasu był zniesmaczony "nieprawidłowym" rozwojem muzyki. Zaczął więc poszukiwać czegoś nowego. Zetknięcie się w pewnym momencie z londyńskim dubstepem zmieniło jego całe dotychczasowe życie. Matty G zaczął skupiać się na produkcji łącząc mocne basujące hiphopowe podkłady z soulowo-reggae'owymi wibracjami. A w szczególności implementując dubstepowemu wirusowi dawkę z rapu z Zachodniego Wybrzeża. Od początku jego kariery producenckiej jego nagrania cieszyły się zainteresowaniem twórców ze Starego Kontynentu. Dzięki swoim niszczycielskim numerom ("Bitter Love", "50, 000 Watts", "West Coast Rocks") dołączył on do dubstepowej rodziny Dub Police, na której czele stoi londyński duet Caspa & Rusko.

10:11, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 lipca 2008
Przyczynowo-zamulający Manuva

Po dwóch latach od albumu "Alternately Deep" jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci brytyjskiej sceny muzyki miejskiej – Roots Manuva wydaje swój kolejny długogrający krążek. Na "Slime & Reason" Rodney odwoła się do swoich przedhiphopowych inspiracji.

okładka albumu

"Ścieranie się tego, co chcesz robić naprawdę z tym, co wiesz, iż jest w porządku. Ten prosty przepis przyświeca temu, co wkrótce nadejdzie wprost z serca Rodney'a Smitha: jego pracy oraz pomysłowości – czyli napięcie, które ciągle trzyma go w nienagannej kondycji" – taką charakterystykę najnowszego longplaya Roots Manuvy wystawił serwis Virb.com. Natomiast w czerwcowym wywiadzie dla kanału telewizyjnego wytwórni Big Dada sam zainteresowany wyjawił, iż "Slime & Reason" będzie refleksją nad jego twórczością, osiągnięciami oraz dotychczasową pozycją.

Główny akcent ten brytyjski raper postawił jednak na swoje karaibskie korzenie. Chciał także oddać ducha estetyki jego dzieciństwa utożsamianego z oglądaniem telewizji Channel One. Która z pespektywy lat jest dla niego symbolem wyjątkowości. O ile w warstwie lirycznej Roots Manuva będzie dla siebie statkiem i żeglażem, o tyle na poziomie produkcji dosżło do pewnych zmian. Rodney pozwolił na "Slime & Reason" wykazać się młodym, szerzej nieznanym producentom: dancehallowemu Toddla T z Sheffield oraz dancepunkowej ekipie Metronomy. Efektem tej pracy okazało się stworzenie dubowego karnawału w "Again & Again" oraz electrofunkowego hip hopu w "Let The Spirit". Całość czwartego albumu Rodney'a będzie liczyć czternaście kompozycji. Nieoficjalnie wiadomo, że (znając upodobania Smith'a do eksperymentów) nie zabraknie przeróżnych poststylistycznych hybryd. Czy to pokręconych gospelowo-syntetycznych opowiastek, glitchowego hip hopu czy digitalnego dancehallu.

Album "Slime & Reason" pojawi się 1 września nakładem Big Dada. Longplay promują dwa klipy stworzone do utworów: Buff Nuff i Again & Again.

Rodney Smith aka Roots Manuva

Roots Manuva to (obok Wiley'a, Ty, Rodney P, Mike’a Ladd'a oraz Dizzee Rascal'a) jedna z kluczowych postaci dla brytyjskiej sceny hip hop. Rodney zaczynał w latach 90. Wkrótce jego niezwykły zmysł producencki (inkorporowanie elementów zaczerpniętych z dubu, reggae i elektroniki do hip hopu) odkryła wytwórnia Big Dada. W 1999 roku pojawił się debiutancki album Smith'a. Krążek "Brand New Second Hand" okazał się wielkim sukcesem. Ucementował jego niezwykłe umiejętności jako rapera o szamańskim, mistycznym głosie mówiącym o wielu poważnych, społecznych sprawach-problemach. I to w sumie pisanie oraz nawijanie stanie się tak naprawdę jego domeną. Kolejne albumy tego syna pastora zielonoświątkowców okazały się równie oryginalne i niezwykłe. Za wydany w 2001 roku longplay Run Come Save Me został wkrótce nominowany w kategorii "Najlepszy Album" w corocznym rozdaniu muzycznych nagród Mercury Prize. Jak do tej pory Roots Manuva ma na swoim koncie trzy studyjne albumy. Ostatnich z nich Alternately Deep pojawił się w marcu 2006 roku.

14:26, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9