Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


poniedziałek, 30 czerwca 2008
Zapóźniony Atlantic Connection

Zapowiadany był jako krążek pełen budzących zachwyt kompozycji. Dopracowany pod kątem multigatunkowego przekroju. Ostatecznie debiutancki album "Tomorrow's Not Enough" amerykańskiego producenta drum'n'bass Atlantic Connection nie jest taki w istocie. Zachwyty oraz wszelkie "ochy" i "achy" można policzyć na palcach jednej dłoni.

okładka albumu

Nathan'owi Hayes'owi nie można odmówić wielu rzeczy. Że od wielu lat promuje drum'n'bass w USA, a w szczególności w Californii, gdzie mieszka i żyje. Że ma niebagatelny bagaż doświadczeń producenckich na tym polu. Najpierw w kolektywie Basic Operations (krążki dla Nu-Directions, Tanglent, Nerve czy Renegade Hardware), po którego rozpadzie Nathan zaczął działać solowo jako Atlantic Connection. Że ochoczo Hayes wspiera producentów połamanych rytmów wszelakiej maści wydając ich twórczość nakładem Westbay International (podwytwórnii oficyny Westbay Recordings). Nie ma się więc czemu dziwić, że Atlantic Connection jest (obok chociażby Random Movement) najbardziej znanym producentem z USA reprezentujący słoneczną, wyrafinowaną i pełną pogody ducha jasną stronę drum'n'bass'u. A przez to (podobno) jego co rusz wydawane EPki schodzą, jak ciepłe bułeczki.

Nadszedł jednak krach, pękniecie u niego. Nie będzie już tak nadwyraz przyjemnie w przypadku jego debiutanckiego longplaya. Album Tomorrow's Not Enough miał wręcz kipieć od niestandardowych i nieszablonowych nawiązań drum'n'bassu do jazzu, hip hopu, electro oraz soulu. Dodając do tego wszystkiego ogromną euforię oraz niepohamowany optymizm, który towarzyszył wydaniu tej płyty – zbyt pięknie się zapowiadało, aby mógło być to prawdziwe. Choć na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, iż jednak hasła i slogany będą zgodne z treścią tej płyty. Siedemnaście kompozycji, w których nagrywaniu brało udział wiele osobistości sceny drum'n'bass (Lynx, MC Tali, MC Youngman), ale nie tylko. Hayes zaangażował również rodzimych producentów sceny hip hop (Kemst, Minds One, Illy Emcee, Julz, Lady) oraz rockowej (McClain Sullivan). Mogło więc wydawać się, iż owe sześćdziesiąt sześć minut będzie ponad godzinną dawką, pełnych zaskakujących zwrotów akcji, rewelacyjnych numerów. A tak naprawdę to mamy przerost formy nad treścią. "Tomorrow's Not Enough" jest zbyt "amerykański". W przeważającej części przesiąknięty mało udanym, miałkim, oklepanym hiphopowym bounce'm. Może i zamiary były dobre ale np. taki "Good Hood Review" to bez dwóch zdań wtopa numer jeden Atlantic Connection. Nieco lepiej Hayes prezentuje się w drum'n'bassie. Dobra wiadomość: można u niego wyłuskać kilka perełek: "Soul Musiq" (z opętaną, godną pozazdroszczenia grą perkusji i wplecionych neurofunkowych odgłosów), "Touch This" (odświeżająco porywczy i technicznie pocięty na poziomie Makoto), "Day Dreamers" (niby delikatny i chilloutowy, ale przez to wszystko przemawiają jungle'owe łamańce). Warto wspomnieć także o łagodnym, smokingowym "Can't Destroy Love Part 2". Brzmi on o wiele lepiej niż pierwsza jego część, która odstraszała nieprzyjemnym zamroczeniem w sobie – brakiem wyrazistości. Dalej "Tomorrow"s Not Enough" dostarcza kolejnych zlotów i upadków Atlantic Connection. Nathan zabrał się (niewiadomo po co) za breakbeaty. I wyszedł z tego pełen pierdzącego smrodu "Hollywood Freq". Przypomina twórczość totalnie wypalonego DJa Icey. Ową pomyłkę stara się nadrabiać przeróbka "Rocksteady" w wykonaniu duetu LA Riots. Wyciągniecię electrofunkowych pazurów z tego numeru przez Daniela i John'a było najlepszym posunięciem.

Atlantic Connection miał być osobą o wielu muzycznych profilach. Trudno o bardziej sprzeczny komunikat. Wygląda na to, iż chciał on pójść w ślady swojej mamy – szacownej pani profesor – specjalistki od muzyki klasycznej. Osoba bezapelacyjnie o wszechstronnych umiejętnościach. Koniec końców Nathan nie wytrzymał próbki, co wyraźnie sygnalizuje pójściem na skróty. Krążek "Tomorrow's Not Enough" miał być najbardziej osobistą płytą. Dopracowaną i doszlifowaną wręcz z niemiecką precyzją. Ostatecznie nie emanuje ona (oprócz wsześniej wymienionych) w niespodziewane udane ponadstylistczne kompozycje. Lepiej byłoby dla Nathan’a wydanie kolejnej dobrej lub bardzo dobrej EPki zamiast średniego (z tendencją zniżkową) longplaya. A dla samej branży drum'n'bass (Fabio, DJ Craze, Dogs On Acid, Drum & Bass Arena) przydałaby się większa pościągliwość i nie podniecanie się rzeczami na zapas.

12:51, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 czerwca 2008
Pogrom Hawkins’a

Jeden z najmłodszych przedstawicieli sceny eksperymentalnego techno z Albionu – Mark Hawkins po wielu podejściach i latach zawitał ze swoim pierwszym albumem. Jeżeli ktoś sądzi, że techno zdycha i nie wierzy w jego abstrakcyjność, to krążek "The Doomsday Clock" ostatecznie przerobi te myśli w drobny pył.

okładka albumu

Gdyby to, co ludzie mówią o Marku (jako o "zrzędliwym draniu") przenieść na muzykę, to byłby on największym wariatem, który czerpie przyjemność z psychopatycznego drążenia meadrów techno. I to w każdym możliwym wymiarze oraz pod każdym możliwym kątem. Pod tym względem Hawkins jest naprawdę nieobliczalny. Ale w tym tkwi moc artystyczna tego brytyjskiego producenta. Niektórzy przyporządkują to do chorób psychicznych, a inni uznają jako dowód pasji oraz oddania sprawie. A tak między bogiem a prawdą – większość muzyków to ludzie nie do końca normalni w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Do tej grupy należy także on – dwudziestoparoletni producent z Wielkiej Brytanii. Hawkins należy do najmłodszego pokolenia familii nu school techno, do której należą jego "starsi" bracia: Justin Berkovi, Neil Lanstrumm, Cristian Vogel, Dave Tarrida i Tobias Schmidt. A jak wiadomo – po najmłodszych członkach rodziny spodziewa się najwięcej. W przeciągu ostatnich ośmiu lat Hawkins pokazywał to, co na niego naprawdę stać. Krążki dla Uglyfunk, Djax-Up-Beat czy Horspielmusik narobiły tyle szumu i dymu, że znalazło się grono sceptyków niewierzące w fizyczne istnienie Mark'a. Ten brytyjski producent przyczynił się do godnego wprowadzenia techno do XXI wieku.

Po kilkudziesięciu EPkach dla wielu, technicznych oficyn, Hawkins przygotował coś zupełnie innego. Spojrzenie na elektronikę z dwunastu punktów widzenia. Zdeterminowanych i bez większych zahamowań rozbijające skonstniałe struktury na czynniki pierwsze. Nie ma tutaj miejsca ani na żadne tuszowanie, ani też na nakładanie efekciarskiego make upu w postaci pseudoelektroidalnych, plastikowych i płaskich, modnych bękartów. Cały album The Doomsday Clock jest bezpośrednio pokłosem samego tytułu. Odliczanie trwa od pierwszych minut. A kto to nie wytrzyma, ten trąba do potęgi n-tej. Poszczególne nagrania są przesycone bezpośrednim, ulicznym, wykonaniem. Zawarty w nich wściekły dekadentyzm oraz jad czystego zła techniki wystarczyłby na wiele lat jako pole do popisu dubstepowym producentom. Mark porył dźwięki niczym Kuba Rozpruwacz swoje ofiary. Stworzony z nich proszek posłużył jako narkotyk, aby naćpać nimi zdezelowane, łechtające się chemicznym odjazdem, maszyny ("Pitch Judgement"). Mark molestuje z wrodzoną agresywnością i zmatematyzowaną dedukcją (razem z Polakami z Kirk) wycyzelowany broken beat w "Czarnej Skrzynce". Uchodzi im to na sucho, niczym najokropniejsze czyny popełnione przez klienta najlepszego adwokata w Nowym Jorku. Namiastkę dobrej, starej szkoły breakbeatów Mark serwuje w ekscentrycznym "Three Minute Warning". U niego nie ma miejsca na żadne słabostki czy też ulgowe pobłażanie. Wszystko musi potężnie brzmień od pierwszej do ostatniej sekundy. Wywraca on zgniły techfunk (ala Evil Nine i Meat Katie) do góry nogami kreując (razem z członkiem technopunkowej ekipy Aeox – Al.X.E.) w "Go With The Flow" popaprany a zarazem komiczny w swojej łobuzerskości mash up. Hawkins przygotował także podróż do korzeni techno – do Detroit. A konkretnie do sedna galaktycznego electro Juan'a Atkins'a ("Nice Keys", "Track Notes", "Check The Potatoes", "Bad Trip"). Mark naładował go najgorszymi z możliwych ludzkimi wirusami tworząc porytą schizofremiczną całość. Przez to dźwięki electro w wydaniu Hawkins'a brzmią jeszcze bardziej nieludzko, obco – jakby z końca wszechświata oraz innego wymiaru. Przygotował on również dawkę skocznego i radykalnego w swojej czystości technicznego łomotu. Czy to samemu (funkujący "Protect And Survive" ), czy to z Bill'em Youngman'em (zniewieściały, rewolucyjnie wyemancypowany "End Of Civilisation").

Na "The Doomsday Clock" nie uświadczy się braku twórczej bezczynności oraz monotonni. Dwanaście utworów solidnej i godnej pozazdroszczenia roboty. Godzina muzyki, którą nie zatopi żaden krytyk, media oraz najwięksi wrogowie Mark'a. Trudno komu z taką precyzją dałoby się w ogóle spróbować podrobić styl Hawkins'a. Nie mniej ważny jest także sam kontekst wydania tej płyty. Jak pisze on na swoim blogu, darmowe wydanie tego longplay'a było spowodowane przez redukcję w tym roku ponad dwóch tysięcy miejsc pracy przez EMI – jedną z najbardziej znanych komercyjnych wytwórni płytowych na świecie. Nie od dziś znane jest jego bardzo krytyczne zdanie na temat branży muzycznej. Może dlatego Hawkins nigdy nie związał się na stałe z żadną wytwórnią płytową. I może (a raczej napewno) dlatego jest on nieuchwytny styliczynie i obarczony niespotykaną, nieskażoną oryginalnością w tym, co do dziś prezentuje.

15:17, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 czerwca 2008
Pejzażowa przeprawa Millimetrik

Czwarty album "Northwest Passage's New Era" projektu Kanadyjczyka Pascala Asselin'a przynosi jeszcze większe ukierunkowanie się autora na wolno sączące się tempo, niejednoznaczny nastrój oraz ckliwe uderzenia. Nigdy wcześniej Millimetrik nie był w takiej triphopowej formie.

okładka albumu

Pochodzący z Quebec'u Pascal Asselin był do tej pory raczej kojarzony ze sceną postrockową oraz dźwiękami eksperymentalnej elektroniki, aniżeli downtempowymi uderzeniami. Jako wieloletni perkusista francusko-kanadyjskiego zespołu Below The Sea oraz angielsko-francuskiego projektu Glider, nauczył się on wręcz do perfekcji tworzenie i programowanie warstwy rytmicznej tak, aby zamąciła słuchaczem i powaliła go na kolana. Równolegle do tej kolektywnej pracy, Pascal działa w pojedynkę. Choć na nieco innym poziomie dźwiękowym. Jako Millimetrik realizuje się jako misjonarz spuścizny po Murcofie i Biosphere wplatając w to instrumentalne, uliczne podkłady. Lecz do tej pory albumy Asselina miały więcej wspólnego z laboratoryjnymi doświadczeniami dokonanymi na ambientowej elektronice ("Variety In The Spice Of Life", Deeper Transmissions). Jednakże jego trzeci album The Last Polar Bear On Earth zwiastował coś nowego – kolejny etap w twórczości Millimetrika. Wyrazista, mocno ilustracyjna, filmowa, downtemppa akcja, czego przejawem był m.in. masywny numer "1936" czy psychodeliczny Bleu de propos géographiques.

W przeciągu ostatnich miesięcy wiele się u Pascala zmieniło. Zaczął nagrywać dla Make Nine Music. Ta działająca od sześciu lat oficyna z Oxfordu znana jest z promowania niecodziennego rocka (m.in. May Your Heart Be The Map ekipy Epic45), awangardowej elektroniki oraz przeróżnych prądów w ilustracyjnym downtempo. Nie tylko to różni "starego" od "nowego" Asselina. Odróżnia go duży skok styliczny poczyniony na czwartym longplay'u. Krążek Northwest Passage's New Era nie tylko zaskakuje od strony aranżacyjnej, ale także w formie samego przygotowania. Jak wiadomo Millimetrik tworzył wszystko w sam. Jedynie czasowo (podczas jego występów na żywo) skład projektu Pascala powiększał się o dodatkowo dwie osoby (Mathieu Therrien na kontrabasie oraz Guillaume Lizotte na wiolonczelii). Jednak nigdy wcześniej nikt oprócz Asselina nie brał udział w kreacji jego kompozycji. I tutaj nastąpiła zmiana. W etererycznej, ujmującej melodyjnością warstwie wspomogł go sam Ulrich Schnauss. Postrockowe wariacje (mocno wyczuwalne w leśnym i zaczarowanym Les Artefacts Du Futur) przyniosła z sobą włoska kapela Port-Royal. Wszystko na "Northwest Passage's New Era" wydaje się inne w porównaniu z dotychczasowymi krążkami tego Kanadyjczyka. Dużo na nim jest zbitych, skondensowanych hiphopowych podkładów, nieuchwytnych przerażających ambientowych melodii oraz fatalistycznych i pełnych powagi klasycznych pociągnięć bogatego instrumentarium. Już z progu na Sournoise Supercherie Millimetrik stara się zarazić hipnotyczną gamą symfonicznych gestów oraz downtempowymi krokami, które dyrygują – kierują przebieg całości. W tym gąszczu barowo-klasycznych amalgamatów znalazła się także przestrzeń dla bardziej mechanicznych tematów ("A Travers Le Temps De Retour", "Suicide Bi Polaire", "Courants Intimistes") czy też czystych, hiphopowych instrumentalii ("Le Libraire Obscur Du Mont D'ibervillele").

Millimetrik sprzed wydania "Northwest Passage's New Era" to zupełnie inny producent niż obecnie. Z wyzwolonego ze wszelkich granic i struktur oraz pełnego abstrakcji epizodu artystycznego, przeszedł na bardziej organiczną stronę. Pełną wyczuwalnych emocji oraz organicznego napięcia, jasnych zasad, ale zarazem wyzwalająca nieskazitelne pokłady ludzkich refleksji oraz sonicznych pejzarzy. Klasyczny ganitur, składający się z fortepianu, skrzypiec i kontrabasu, nie ma problemów z adaptacją do warunków stawianych przez zróżnicowaną perkusję Pascala. Ponadto wokale Sean'a Auburn'a z Auburn Lull oraz Marie Jorge nadają całości lekkiej ulotności – niedostępności. Millimetrik podąża dobrą drogą, podobnie jak młodziutki (również kanadyjski) projekt Elsiane. Chociaż do poziomu chociażby Deadly Avenger jeszcze mu bardzo daleko.

14:43, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 czerwca 2008
Basic Channel od podstaw

Po kilkunastu latach pojawia się kolejny, ponadczasowy zestaw nagrań legendarnego duetu techno – Basic Channel. Dzięki kompilacji "BCD-2" można dowiedzieć się, jak rozwijały się te mechaniczne dźwięki w Europie na początku lat 90.

okładka albumu

Detroit-Chicago-Londyn-Paryż-Kolonia-Berlin – każde z tych miast wniosło unikalny dorobek do współczesnej elektroniki. I tym samym trudno ocenić, który z nich jest większy czy mniejszy. Dzięki tym miejskim dźwiękom muzyka techniczna jest w tym miejscu, a nie w innym. Oferująca szerokie spektrum stylów i rodzajów oraz doznań. Nie mniej interesująco w tym gronie wyglądała stolica Niemiec. Soniczny pomost pomiędzy Kingston a Berlinem zbudowali w 1993 roku dwaj muzycy: Mark Ernestus i Moritz von Oswald. Obaj przeszli do historii jako pionierzy dub techno. Wizjonerskie brzmienie tego niemieckiego duetu inspiruje po dzień dzisiejszy wielu artystów sceny elektronicznej. Mark i Moritz stworzyli prawdziwą galaktykę dźwięków – oficynę Basic Channel. Wokół niej skupili oni najbardziej wartościowych producentów prezentujących oryginalne spojrzenie na futurystyczne brzmienia dubu (Scion, Vladislav Delay, Monolake, Substance).

Musiało minąć sporo lat, aż duet Ernestus-Oswald powróci po raz kolejny do swoich początków, do projektu Basic Channel. Po niezwykle udanym spojrzeniu na swoją twórczość za pomocą zbioru BCD, ci niemieccy producenci kontynuują drogę wiodącą przez rozwój techno na początku lat 90. Kompilacja BCD-2 to zapis twórczości Basic Channel z lat 1993-1995. Prawie osiemdziesięciominutowa historia tego projektu z Berlin'a rozpisana na sześć długich utworów. Nagrania które przez wiele lat były dostępne jedynie w wersji analogowej. Wszystkie one pochodzą wprost z matki dubowych wytwórni – wytwórnii Basic Channel. Każdy z nich to w tej chwili prawdziwy klasyk. Kwintesencja odbicia wpływów profetycznego przesłania Underground Resistance oraz etnicznych źródeł Jamajki. Owe sześć nagrań to proces archeologicznego przeczesywania Basic Channel przez początki historii muzyki techno. Napotykanie się co rusz na elementy świętego Graala muzyki elektronicznej. Na "BCD-2" są wyraźnie wyczuwalne acidowo-detroitowe kompozycje – naniosłości z projektu Cyrus ("Inversion", "Enforcement"). Ale to tylko jedna z geometrycznych sfer tego krążka. Duet Ernestus-Oswald zaprezentował także bardziej organiczne, wręcz prepodejście do dubu w metrum 4/4 ("Phylyps Trak II/II"). Połowa tej składanki to przekrój przez ewolucję dub techno. Od korzeni sięgających stanu Michigan (rozpędzony "Phylyps Trak"), przez muskające pady deep techno ("Octagon"), kończąc na wycelowaniu w chłodny i racjonalny minimalzm ("Octaedre"). W przeciwieńswie do poprzedniczki, kompilacja "BCD-2" to długie, przeważnie kilkunastominutowe kompozycje. Rozwijające się według klasycznego wzoru Basic Channel. Stopniowe rozkręcanie klimatu przez perkusyjne uderzenia, które z minuty na minutę przyczynają się do coraz bardziej zagęszczonej, klaustrofobicznej formy. I po tak po kilku minutach intensywnych odczuć tempo coraz bardziej zwalnia aż do samego końca utworu.

Tych co znają twórczość duet Ernestus-Oswald, nie przerazi brak przewrotności tychże numerów. Ich dosyć (z teraźniejszego punktu widzenia) monotonny charakter nie męczy, bo nie są przeładowane wieloma dźwiękowymi kanałami. Surowość, prostota, oszczędność i skromność godne miana klasztorowego mnicha. Krążek "BCD-2" jest idealnym wstępem do późniejszych albumów tego niemieckiego duetu ("Rhythm & Sound", The Artists). Esencja ludzkiego artyzmu. Niezapomniany zapis muzycznej historii ludzkości. Jeden z testamentów muzyki techno XX wieku.

14:41, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 czerwca 2008
Filmowy Unkle

W drugim tygodniu lipca ma ukazać się piąty, studyjny album projektu James'a Lavelle'a – Unkle. Płyta "End Titles... Stories For Film" ma być eklektycznym zbiorem nagrań stworzonych przez sam zespół lub we współpracy z innymi muzykami. Powstały one w przeciągu ostatnich dwóch lat z inspiracji awangardową kinematografią.

okładka albumu

Od hip hopu i trip hopu po status gwiazd pokroju czołowych zespołów rocka. Tak przedstawia się w skrócie historia projektu założonego w 1994 roku przez DJa James'a Lavelle'a oraz perkusistę Tim'a Goldsworthy'iego (który za kilka lat porzuci go na rzecz dance punkowego zespołu LCD Soundsystem). Dwa lata wcześniej powołali oni do życia wytwórnię Mo Wax, która z czasem okazała się jedną z głównych triphopowych kuźnii. Obrosła ona w kultowy status nie tylko ze względu na płyty ekipy Unkle (Psyence Fiction, "Never, Never, Land"), ale również za sprawą krążków czołowych przedstawicieli tego nurtu (DJ Shadow, DJ Krush, Luke Vibert, Attica Blues). Oprócz doskonałych albumów, ekipa Lavelle'a zasłynęła w doskonale dobranych klipów do swoich kompozycji (Reign, Hold My Hand, Rabbits In Your Headlights). Zespół Unkle brał także udział w produkcji albumów ekipy Oasis oraz ścieżki dźwiękowej do filmów "Sexy Beast", "Iniemamocni" i "Goal". Dzięki ubiegłorocznemu albumowi War Stories ekipa Lavelle'a zaskarbiła sobie serca rockowych fanów. I tym samym stał się on (obok Kosheen) najbardziej rozpoznawalnym zespołem brytyjskiej sceny muzyki klubowej.

James Lavelle - głowa ekipy Unkle

Od czasu wydania "War Stories" ekipa Unkle pracowała nad nowymi utworami. To tylko unaocznia fakt braku stagnacji w twórczości tej brytyjskiej ekipy. Zawsze idą do przodu z nowymi pomysłami, które przekładają na język muzycznych stylów. Efektem tego będzie kolejny album tego kolektywu Lavelle'a: "End Titles... Stories For Film. Zafascynowani małżeństwiem muzyki oraz obrazu, stworzyli tym razem trwającą ponad siedemdziesiąt minut pociągającą dramatyzmem opowieść. Dwadzieścia dwie kompozycje pełne odniesień do dotychczasowej pracy ekipy Unkle. Nagrania, które otwierają i zamykają album ("End Titles", "The Piano Echoes") będą pochodzić z filmu dokumentalnego Alex'a Grazioli "Odyssey In Rome" (opowiadający o reżyserze Abelu Ferrara). Natomiast "Heaven" i "Blade In The Back" to kompozycje napisane przez ekipę Lavelle’a na potrzeby wideo Spike'a Jonze "Fully Flared". Oprócz tego umieszczono na "End Titles... Stories For Film" nagranie z telewizyjnej, brytyjskiej reklamówki samochodów BMW ("Trouble In Paradise (Variation On A Theme)"). Podobnie jak to bywało do tej pory, poszczególne nagrania powstały jako owoc współpracy tej brytyjskiej formacji z różnymi muzykami. W uformowaniu się krążka "End Titles... Stories For Film" brali udział: Gavin Clark (z ekipy Clayhill; kooperował przy "War Stories"), Josh Homme (członek Queens Of The Stone Age), Chris Goss (producent "War Stories"), Joel Cadbury (z formacji South), Dave Bateman, Robbie Furze, James Petralli oraz zespół Black Mountain. Z tegom co można wywnioskować, brzmieniowo najnowszy album Unkle będzie jeszcze bardziej rozpięty stylicznie, jak to miało miejsce chociażby na "War Stories". Lavelle przyrównuje zawartość tego longplay'a do wnętrza pokoju, w którym mieszczą się zarówno różne interpretacje muzyki klasycznej i symfonicznej, wciągającego trip hopu, jak i współczesnego rock'a.

Album "End Titles... Stories For Film" pojawi się w sprzedaży 7 lipca. Fragmentów nagrań z tej płyty można posłuchać na stronie sieciowego sklepu muzycznego 7 Digital. Z okazji swojego piątego albumu ekipa Unkle szykuje niespodziankę dla swoich fanów. Umożliwi im pobranie czterech nagrań z ich najnowszej płyty zupełnie za darmo. Będzie można ściągnać cztery z nich z różnych źródeł. Nagranie "Kaned And Abel" będzie można pobrać z unkle.com już 27 czerwca. Kolejne z nich "Chemical" – 30 czerwca z wortalu muzycznego Pitchfork. Dwa ostatnie pojawią się w następnym miesiącu: "Blade In The Back" (2 lipiec – Rcrdlbl.com) oraz "Synthetic Water" (4 lipiec – uncle77.com).

Warto także nadmienić, iż ekipa James'a Lavelle'a pojawi się podczas tegorocznej odsłony festiwalu Audioriver, który odbędzie się w dniach 1-2 sierpnia nad Wisłą w Płocku.

23:38, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9