Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


poniedziałek, 31 marca 2008
Ojcowska dusza Moshica

Za niecały miesiąc pojawi się drugi, studyjny album izraelskiego producenta progressive – Moshica. Pojawienie się krążka "Hiloola" jest nierozłącznie związane z narodzinami jego syna.

Okładka albumu

Znany brytyjski DJ i dziennikarz radiowy Pete Tong nazwał go "jedną z najlepszycch rzeczy z Izraela". Ten pochodzący z Hajfy producent od wielu lat absorbuje tłumy fanów muzyki progressive house na całym świecie. Świadczą o tym chociażby osiągnięcia Moshica w branży muzycznej. W 2002 roku podczas gali przyznawania nagród "MTV Israel Awards" zdobył on dwie statuetki w kategorii "Najlepsze Wydawnictwo" oraz "Najlepszy Producent". Trzy lata później Shlomi został zauważony przez brytyjski magazyn "DJ Mag", który uplasował go w pierwszej setce w corocznym zestawieniu "Top World DJs". Ten były izraelski żołnierz przez wiele lat pracował nad swoim charakterystycznym, mrocznym, orientalnym stylem muzyki progressive. W 2006 roku wydał debiutancki, fenomenalny dwukompaktowy album Salamat. Składał się on zarówno z fantastycznych, tanecznych (o bardzo transowej specyfice Bliskiego Wschodu) nagrań (Salamat, Primavera) jak i bardziej efemerycznych, downtempowych aranżacji (Listen To Music Forever).

Moshic Shlomi z synem

Po ponad dwóch latach od swojego pierwszego longplaya, Moshic zapowiedział kontynuację drogi wytyczonej na "Salamat". Pozycja "Hiloola" będzie również składała się z dwóch płyt. Na jednej zawarte będą kompozycje Shlomi oscylujące wokół dźwięków progressive, a na drugiej downtempowe nagrania. Razem będzie osiemnaście utworów. W porównaniu z debiutanckim albumem, drugi longplay Shlomi już nie będzie tak mocno etniczny. Do tego dochodzi fakt, że materiału nie została poddana DJskiej obróbce. A to oznacza, iż "Hiloola" nie będzie stanowił jednego miksu. Pierwszy krążek albumu zaakcentuje walory nieokiełznanej przestrzeni, elektronicznie-progresywnego profilu Moshica aniżeli orientalny styl znany z "Salamat". Nawiązywanie do ambientu oraz muzyki żydowskiej będzie stanowiło o fundamencie drugiego kompaktu tego longplaya. Sama nazwa albumu "Hiloola" (oznaczająca po żydowsku "duszę") została zainspirowana narodzinami syna Shlomi o imieniu Hillel. Za stronę graficzną krążka, podobnie jak to było w przypadku "Salamat", odpowiada Polak Wojciech "Yanik" Janicki.

Drugi studyjny album Moshina pojawi się 25 kwietnia nakładem Contrast Records – wytwórni którą powołał Shlomi. Fragmentów tej płyty można już teraz przesłuchać na stronie jednego z dystrybutorów longplaya Goa Store.

20:23, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
Godzina zero u Shonky

Za tydzień pojawi się w sprzedaży pierwszy album francuskiego, house'owego producenta i DJa Shonky. "Time Zero" zostanie wydane nakładem paryskiej wytwórni Freak n'Chic.

Okładka albumu

Olivier Ducreux był fanem muzyki elektronicznej i tanecznej od najmłodszych lat. Kompletnie świat wywrócił mu się do góry nogami, gdy w akcji zobaczył DJów Dana Ghenacia i Ivana Smagghe. To ci dwaj panowie dzierżyli w latach 90. palmę pierwszeństwa podczas renomowanych, paryskich imprez z cyklu "Kwality" w klubie Batofar. W 1997 roku Shonky wcielił się w postać DJa, by dwa lata później stać się integralną częścią klubowej sceny stolicy Francji. Po podróżach po Europie, Olivier osiadł się na stałe w Berlinie. Jako producent zadebiutował w 2005 roku w łonie francuskiej wytwórni Freak n'Chic. Ducreux stał się dla tej oficyny, prowadzonej przez house'owego giganta Davida Durieza, jednym z jej kluczowych postaci-producentów. W przeciągu ostatnich trzech lat jego krążki wydały także Mobilee, Resopal Red i Sub Static.

Shonky

Pierwszy album 25-letniego Shonky "Time Zero" będzie składał się z dziesięciu nagrań. W swoim ostatecznej postaci będą one nawiązywały do hipnotyzującego brzmienia techno rodem z Detroit (Juan Atkins, Derrick May, Kevin Saunderson) oraz psychodelicznego house'u z San Francisco. Nie zabraknie także odwołań do twórczości grupy Kraftwerk. Całość będzie więc miało bardzo przestrzenny i transowy wyraz przy pominięciu roli wokalów. Po prostu nagrania mają być w najlepszej tanecznej tylko formie, jaką tylko mógł Shonky stworzyć. "Time Zero" to w założeniach kosmiczny świat Olivier'a Ducreux'a, o czym sugerują nazwy poszczególnych utworów tej płyty ("Cosmic Ray", "Odyssey", "Minor Planets").

Debiutancki longplay Shonky pojawi się 4 kwietnia nakładem Freak n'Chic.

16:22, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
Kolejny raz Lyrics Born

Autor (według Amazon.com) najbardziej twórczego studyjnego albumu roku 2003 "Later That Day" – raper Lyrics Born wydane kolejny longplay. Nowy album członka formacji Quannum Projects "Everywhere At Once" będzie nawiązywał do popu, reggaetonu i r'n'b.

Okładka albumu

Ten Amerykanin japońskiego pochodzenia zaczynał w połowie lat 90. jako hiphopowy DJ. W tym czasie Tom Shimura założył także wytwórnię Quannum oraz powołał do życia kolektyw Quannum Projects, w skład którego weszli także: Chief Xcel, DJ Shadow, Lateef oraz Jumbo The Garbageman (w przyszłości główny inżynier dźwięku solowych płyt Lyricsa). Na przełomie XX i XXI wieku zabłysnęli oni zarówno w wytwórni Mo Wax jak i Ninja Tune. Natomiast pobocznym projektem Lateefa i Toma okazał się nawijkowy projekt Latyrx. Także mniej więcej w pierwszych latach aktywności Quannum Projects, Shimura postanowił także działać solowo. W 2003 roku pojawił się jego debiutancki album Later That Day. Głównymi nagraniami, które zrobiły furorę, były: Last Trumpet, Bad Dreams oraz Callin' Out. Ostatni z wymienionych okazał się także sukcesem komercyjnym, gdyż został on wykorzystany w reklamie Motoroli E398. Dwa lata po "Later That Day" Lyrics Born nagrał kolejny longplay. Same Shit Different Day okazał się głównie zbiorem remiksów utworów z debiutanckiego albumu (m.in. I Changed My Mind w wykonaniu ekipy Stereo MCs). Ostatnim dużym sukcesem ze strony Toma było stworzenie nagrania Big Money Talk, które znalazło się na ścieżce dźwiękowej do filmu "The Fast And The Furious Tokyo Drift".

Lyrics Born

Najnowszy trzeci album tego rapera, który w swojej twórczości powołuje się na spuściznę The Sugarlhill Gang, Erica B. oraz Ice Cube’a, "Everywhere At Once" będzie składał się z podstawowych szesnastu nagrań oraz dwóch bonusowych. W tworzeniu materiału na ten krążek pomagali mu: Chali 2na z Jurassic 5 oraz RJD2. To z nimi Lyrics Born nagrał "I Like It, I Love It" i "Hott 2 Deff". Prócz starych znajomych Toma nie zabraknie i nowych twarzy. Na wokalu Shimura będzie wspierać Myron Glasper, a za sekcję melodyjną odpowiadać będzie Kat Ouano z acid jazzowej grupy z Bostonu Crown City Rockers. Na "Everywhere At Once" nie zabraknie też wątków osobistych. Tematem "Is It The Skin I’m In" będzie opowieść o doświadczeniach Toma jako Amerykanina o azjatyckim pochodzeniu, a w przypadku "Whispers" – próba pogodzenia się ze śmiercią jego najlepszego przyjaciela.

Głównym wyzwaniem, jakie przyświecało mi tworzeniu tego albumu, było poruszyć sprawy związane z nieznanymi do tej pory aspektami mojego "ja". Zebrać je wszystkie razem do kupy. Kiedykolwiek tylko zabieram się za nagrywanie albumu, siadam i patrzę w niebo zadając sobie pytania: Dlaczego ludzie nie robią tego? Dlaczego ludzie nie mówią o tym czy o tamtym? I nagle dostaje olśnienia. Moja codzienna praca polega na byciu raperem, ale celem mojego życia jest czerpanie inspiracji. Kiedy tego wszystkiego zabraknie, to nie dociera do mnie fala wyzwań, które co rusz stoją przede mną – wyjaśnia Lyrics Born.

"Everywhere At Once" pojawi się 21 kwietnia w Europie, a dzień później w USA nakładem wytwórni Anti . To dla tej oficyny z Los Angeles nagrywają m.in.: Tricky i Tom Waits. Kilku nagrań z najnowszego albumu Shimura można posłuchać na jego Myspace. Przygotowano także piętnastominutowy materiał wideo, który obrazuje kulisy powstawania tego krążka. Można go obejrzeć w dwóch częściach: część pierwsza, część druga.

11:21, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 marca 2008
Parkietowy podróżnik dubu

Kreator nowego wymiaru dubu Kanadyjczyk Deadbeat wraz ze swoją czwartym albumem dla niemieckiego ~Scape daje sobie czasowo spokój z minimalno-glitchową estetyką. W "Journeyman's Annual" stawia na bardziej żywsze, parkietowe, bujające wręcz dancehallowe powykręcane rytmy. Choć nie dopieszcza on wszystkiego na swój osobisty, elektroniczny, wytrawny sposób.

Okładka albumu

Od czasów wydania swojego pierwszego longplaya Wild Life Documentaries w 2002 roku, Scott Monteith starał się udowodnić, że stare można połączyć z nowym tworząć coś niespotykalnego. Przenieść ciepło, emocje i przestrzeń dubu do świata chłodnej, syntetycznej, choć dającej wiele większe możliwości, elektroniki. Po prostu szedł śladami ekipy z Basic Channel interpretując ich poczynania na swój sposób. Estetyka dźwięku wyszła za mąż za technikę dźwięku. Badanie istoty dubu klatka po klatce przy wykorzystaniu najnowszych osiągnieć inżynierii dźwięku stało się czymś, z czym każdy zaczął utożsamiać Deadbeat'a. A zarazem trudno mu zarzucić powielanie, "wydobytych" z zakamarków riddimów, aranżacyjnych patentów. Scott rozwija się w w różnych kierunkach. W innym stylu nagrywając dla ~Scape'a , a jeszcze w innym, dubowo-minimalnym (a nie minimalno-dubowym) kierunku podąża on na płycie It's Crackhaus Thing.

Choć zapewne dla wielu osób było zaskoczeniem, że Manteith może poruszyć się jeszcze dalej. Tak jak powiedział on w jednym z wywiadów, zależy mu na wykorzystywaniu tego, co ma pod ręką, a nie usilne tworzenie konkretnych sonicznych kanonów. I tak jest także w przypadku jego czwartej płyty dla wytwórni Stefana Betke. Krążek Journeyman's Annual to wielki krok w przód (dla niektórych w tył) w twórczości Scotta. Tribalowy, mocno taneczny aniżeli jego poprzednie, ambientowe płyty. Motywem przewodnim, lub lepiej tematem jest w głównej mierze dekonfiguracja dancehallu. Nie jest to jednak kompletne spalenie za sobą mostów, bo parę elementów charakterystycznych dla Something Borrowed, Something Blue czy New World Observer jest wyczuwalnych na tym longplay'u. Wyczuwalnych tylko przez chwilę. Sprawa pierwsza – kolaboracje. Współprace na płaszczyźnie instrumentalnej i wokalnej. Wprowadzający numer do "Journeyman’s Annual" czyli zatapiający się w mrok i etniczność "Lost Luggage" powstał dzięki wiolonczelistce Sophie Trudeau z post rockowego zespołu A Silver Mt. Zion. Oprócz tego kilku mistrzów ceremonii: MC Bubbz (w cyfrowo powykręcanym dancehallu "Refund Me") , Moral Undulations (w szamańskim "Deep In Country") oraz Jah Cutta (w "Gimme A Little Slack"). Sprawa druga – brzmienie. Z nim jest tak, że początek i koniec albumu to wyraźne nawiązanie do poprzednich płyt. Natomiast środek to nowe oblicze Deadbeat'a. Po ostatnich sekundach transującego "Melbourne Round Midnight" wpada się w wir tańca i rytmu. A to ma swoje konsekwencje – głębia dźwięku odchodzi na bok. Scott stara się to w jakiś sposób zrekompensować zbogacając dancehallowe metrum o nowe elementy. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Nie wyszły mu niestety industrialowanie rytmu w "Turbulence". Całość efektu niszczy nieprzyjemne ryczenie siarczystych dźwięków, które zresztą nijak do tego nagrania nie pasują. O wiele lepiej prezentuje się w tym zestawieniu "Where Has My Love Gone". Eksperymentalnie poskręczany z wyraźnie wyczuwalnym sentymentem do (post) rockowowej delikatności. "Journeyman's Annual" to w sumie kilka wtop Scotta, ale i przyjemnych dźwięków. Do pierwszej grupy należy zaliczyć nawijkowe współprace. Brzmią, jakby były robione na siłę. Za to totalną już parodią i pośmiewiskiem jest "Gimme A Little Slack". Całość brzmi sztucznie niczym plastik. O wiele lepiej prezentuje się dubowa wersja tego numeru: bardziej przejrzysta i poprawna. Razi także fakt używania przez Deadbeata tych samych lub prawie tych samych podkładów dancehallowych w numerach. Wystarczy porównać "Where Has My Love Gone" do "Refund Me". Wypalenie zawodowe lub czasowa słabość, muzyczne zagubienie Monteitha – jedno z dwóch na bank jest tego powodem. O ile środek albumu jest dosyć nierówny i pozostawia za sobą wiele znaków zapytania, to całość stara się naprawiać końcówka albumu. Mechaniczny "Loneliness And Revelry" to ponownie stary, dobry Deadbeat. Przeróbka "Black Stacey" rapera Saul Williams'a to udane połączenie dancehallu, dubu z elektroniką. Jedno z nielicznych (obok "Where Has My Love Gone") takich trójkolorowych kolażów, który udały się tym razem Deadbeatowi.

Nawał wielości pomysłów, których niestety spontaniczność chwilami przysłoniła Scottowi racjonalność tworzenia aranżacji – tak mniej więcej można podsumować album "Journeyman's Annual". Całość stara się nadrabiać dynamiczny oraz taneczny charakter tego krążka. Wyraz tego może tłumaczyć fakt, że materiał powstawał (co można było domyśleć się po tytule) podczas jego podróży po całym świecie. Jednego dnia był w Szkocji, by nad ranem lecieć już do Włoch, na Słowację czy dalej na wschód. Mimo wielu niedoróbek, niedopracowania i wpadek, czwarty album dla ~Scape'a wnosi coś nowego do jego wykrystalizowanego stylu. Był już ambient, idm, techno i minimal, a teraz przyszła pora na dancehall. Warto mieć jednak nadzieje, że Scott z tego potknięcia się wyciągnie odpowiednie wnioski.

13:15, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 marca 2008
Odświeżacz płyt #29

Dla jednych po prostu szczęściarz, dla innych wręcz geniusz. Jeden (obok Bono z U2) z najbardziej rozpolitykowanych muzyków na świecie – Moby. Wniósł on elektronikę na dobre do mainstreamu. Choć jego ostatni album "Hotel" to jakby przejaw powolnego odchodzenia od niej. Bez większego planu "co dalej?".

Okładka albumu

Bez wątpienia Richard Melville Hall czyli muzyk, DJ, producent, piosenkarz Moby to jedna z najciekawszych postaci współczesnej sceny muzyki tanecznej. Mimo, że jest utożsamiany z takimi, a nie innymi dźwiękami, swobodnie czuje się zarówno w skórze producenta rock'owych eksperymentów czy też bardziej punk'owych czy też etnicznych kompozycji. Zresztą każdy zapewne słyszał takie przeboje, jak: "Go" nota bene wykorzystujący motyw z serialu "Twin Peaks"), James Bond Theme, Honey, Bodyrock czy album "Play" (dziesięć milionów sprzedanych egzemplarzy). Fakt faktem, że Rysiu skończył tym razem z sampling'iem na rzecz w pełni swojego autorskiego dzieła. Można było więc spodziewać się czegoś wyjątkowego.

W 2005 roku (po trzech latach milczenia) Richard znów pokazał się ze swoim nowym materiałem. Inspiracją do jego stworzenia, co widać po tytule, było okresone przebywanie części swojego czasu przez ludzi w tych specyficznych obiektach. Całość powstawała w domowym studiu Richarda w Nowym Jorku. Nie jest on napakowany efekciarskimi współpracami. Przy nagrywaniu utworów Moby'iemu pomagali tylko: perkusista Scott Frassetto oraz wokalistka Laury Brown. Już pierwsze, mobytronikowe nagranie tego Amerykanina daje niestety złudne wrażenie, że doszło do miany brzmień od czasów 18 oraz Play. Czar pryska wraz z nadejściem kolejnych numerów. Dla nieprzygotowanych na pop rockowe aranżacje, kolejne nagrania mogą coraz bardziej odpychać od wszelkich chęci przetestowania Hotel. Gdyby nie kapka synthpopowej elektroniki, całość przypomnała by wyłącznie stare rock'owe granie. Choć i nie brakuje odwołania do tych brzmień. Mowa o laidbackowo-balladowym cover'ze "Temptation" grupy New Order. Oprócz tego "Hotel" to także trochę electro popu ("Very"), trip hopu ("I Like It") czy techno-rockowego Lift Me Up - przeboju tego krążka.

Mimo że Moby zrezygnował z wielu elementów, które były mu pomocne przy nagrywaniu poprzednich płyt, żadnych bardziej znaczących zmiań w przypadku "Hotel" nie wyczuwa się. Wyczuwa się za to coś nie do końca przyjemnego – odwoływanie się do "Play" czy "18" w jeszcze bardziej uproszczonej, spłaszczonej, umasowionej formie. Niestety Richard w przypadku swojego ostatniego longplaya nie wysilił się ponad to, z czego był znany do tej pory. Plotki głoszą, że kilkanaście numerów albumu „Hotel” były wynikiem selekcji z ponad trzystu, które Moby napisał. Nie to jednak materiał, do którego będzie wracać się po latach. Ludzie będą oceniać go przede wszystkim po tym, co wydaje na płytach. A nie za jego kontrowersyjne ekscesy, których treść nadaje się conajwyżej na łamy brukowców.

10:27, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9