Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


poniedziałek, 31 grudnia 2007
Zachodnie jazzowe zakłócenia

Usytuowana w Południowej Polsce niezależna wytwórnia 80bpm.net wejdzie na początku 2008 roku z nowym materiałem. Autorem czwartej płyty tej oficyny będzie młody producent z Wielkopolski - Zova, który na "Jazz Distortion" zaprezentuje dynamiczny zestaw mocno połamanej, przesiąkniętej smyczkowymi brzmieniami, elektroniki.

Okładka płyty

Za nazwą Zova stało na początku 2004 roku trzech kolegów pochodzących z Gorzowa, a zamieszkałych w Poznaniu: Radek Łabuś, Błażej Krół oraz Kuba Pęks. Jak kiedyś powiedzieli:

- (...) dźwięki pochodzą z Gorzowa i są odzwierciedleniem tego, co siedzi w naszych głowach. Nasze spotkania są próbą przekształcenie tego, co jest w nas samych w to, co można usłyszeć. Odbywają się czasami. Siadamy i gramy razem dość spontanicznie i nieregularnie. Łączy nas m.in. otwartość na muzykę i szacunek do niej, dystans do tego, co robimy i wspólne miejsce urodzenia.

Ostatecznie przekształcił się on w solowy projekt Radka Łabusia, który stał się jego pierwszą próbą łączenia elektronicznych brzmień z dźwiękami żywych instrumentów. A przebył on długą drogę: od tworzenia mixtape’ów na dwukasetowej wieży, mariażu z komputerowymi trackerami i pecetową demo sceną na grze na pianinie oraz próbach bycia beatboxer’em kończąc. Projekt Zova (jeszcze w starym składzie) zadebiutował w 2005 roku downtempowym nagraniem "Czasami", które znalazło się na kompilacji radiowej Trójki Minimax III. Niedawno solowy projekt Łabusia można było zobaczyć w akcji podczas wielkopolskiej edycji "WEF On Tour 2007", która miała miejsce 15 listopada w poznańskim klubie Meskal.

Obecnie Radek współpracuje z wieloma muzykami, a sama płyta "Jazz Distortion" będzie efektem tych producenckich form współpracy. Z jednej strony ów materiał będzie bardzo eklektyczny: Z drugiej zaś – niezwykle wyrównany. Mocno połamany z chirurgiczną precyzją rytm, psychodeliczny trip hop momentami wpadający wręcz w klimat idmowych, cyfrowych eskapad, a obok tego – pełne oraz głębokie brzmienie, sekwencje instrumentów akustycznych i wokali. Wszystko będzie składało się na spójną całość, nadając się równie dobrze na parkiet jak i do prywatnego, domowego odsłuchu. Masteringiem i ostatecznym miksem płyty zajęło się współtworzone przez Zova studio Swan RecRoom, Okładkę albumu "Jazz Distortion" zaprojektowała Isia Tambor, która udziela się także jako wokalistka w nujazzowym projekcie Carpe Diem. Album wydany zostanie wyłącznie w wersji pudełkowej.

Debiutancki longplay Zova pojawi się nakładem wytwórni 80bpm.net w połowie stycznia. Natomiast już 25 stycznia wystąpi on w radomskim klubie Alibi, gdzie będzie promował swój krążek. Planowane są też koncerty w innych polskich klubach. Próbki możliwości Zova można sprawdzić przesłuchując jedno z trzech dostępnych nagrań Radka Łabusia: Beatifull, Jazz On Tape, The Trumphet.

08:36, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 grudnia 2007
Okrągłe hotelowe dźwięki

Marka "Hotel Costes", podobnie jak "Saint-Germain-Des-Prés", "Café Buddha Bar", nierozłącznie kojarzy się z paryskim lounge’m - glamour’em chillout’u. Ten cykl kompilacji Stephane Pompougnaca dobił niedawno do dziesiątej odsłony. Nie zabrakło więc paryskiego szyku i luksusu poddanym siłom eleganckich i wyszukanych rytmów muzyki klubowej.

Okładka

Ponad 2,5 miliona sprzedanych płyt – tyle egzemplarzy cyklu „Hotel Costes” rozeszło się w latach 1999-2005. Świadczy to tylko o tym, jak wielkim powodzeniem cieszą się owe lounge’owe składanki, które na stałe zeszły w krajobraz paryskiego Hotelu Costes. Sam Pompougnac stał się najbardziej rozchwytywanym chilloutowym selektorem rodem z Paryża. Jubileuszowa, dziesiąta edycja tej kompilacji emanuje zróżnicowaną zawartością, co w przypadku tego cyklu nie jest wyjątkiem, lecz standardem. Podobnie wygląda sprawa z autorami tychże nagrań. Obok bardziej znanych, Stephane umieścił utwory tych mniej znanych producentów i muzyków.

Charakter "Hotel Costes 10" wyczuwa się od pierwszych minut kompilacji. Serwowane na wstępie popowe perkusyjne podrygiwania "Paper Aeroplane" (EPka "Chocolates & Cigarettes") państwa Stone informują, iż kierunek lounge’u poszedł tym razem w bardziej spokojne, dystygnowane kompozycje nieraz odbijające się emocjonalno-uczuciowym echem. Nie ma tutaj także miejsca na schematyczność czy statyczność repertuaru. Z chłodnej, brokenbeatowej wersji country blues’owego nagrania Solala (z Gotan Project) "Psycho Girls & Psycow Boys" w wykonaniu berlińskich braci, kompilacja wręcz płynnie rozlewa się na rozgrzany, downtempowy zestaw dźwięków "My Society" kolektywu Dephazz z wokalem Pat Appleton na czele. Nostalgiczny remiks "Sunday Drive" nagrania dwóch przyjaciół – Pompougnaca i Schillingsa wbija się w klimat ponurego triphopu "Save Me Tonight" projektu Goloka. Warto chwilę zatrzymać się przy tym nagraniu, gdyż prawdopodobnie jest to pierwszy przypadek w historii tej kompilacji, by znalazł się na niej polski akcent. Goloka to wokalistka Kasia Wojciechowska (o bardzo mistycznym głosie) oraz Pete Haywood – weteran brytyjskiej sceny house. Razem przy producenckim wsparciu MC Buzza stworzyli "Save Me Tonight", który swoim wyrazem zbytnio nie ustępuje miejsca ani jakości najbardziej złowieszczym utworom Massive Attack w kolaboracji z Mos Defem. Kroczący filmowym, smutnym nastrojem "White Lilies" duńskiego duetu Peder (1/3 formacji The Prunes - tej z Jazz Fudge) i piosenkarki Anne Trolle przypomina dramatyczny kontekst sztuki "Norway Today". Przejmująca gra pianina i skrzypiec kontynuuje wzorowy, lounge’owo miłosny "Adios" ekipy Zimpala. Wokal Noémie Brosset w tym nagraniu, pochodzący z drugiego albumu ekipy "The Breeze Is Black", robi ze słuchaczem jedno – hipnotyzuje niczym głos morskiej syreny. Innym duńskim akcentem tej kompilacji jest "Taxi To War" DJa Disse. Ten numer z debiutanckiego albumu "When I'm Bored I Change Colour" producenta z Kopenhagi to skrzyżowanie dubu, downtempo oraz folkowych brzmień z Anatolii, które następnie przygrywają jako wstępniak austriackiemu Franku Sinatrze – Louie Austenowi. O jego deephouse’owym "Glamour Girl" można powiedzieć tylko jedno – klasa sama w sobie. Oczywiście przy wsparciu dziewczyn z Chicks On Speed oraz wiedeńskiego producenta Christophera Justa. Po glamour’owych słodkościach rodem ze Studio 54, Pompougnac dostarcza dubu, dużo dubu "Little Ditty" Deep Dive Corp. Owe nagranie (z przedostatniego albumu "Freestyle Floating" tego niemieckiego duetu) dostarcza porcję karaibskiej przestrzenii oraz lekkiego podejścia do przyziemnego życia. Więcej rytmu i tańca przynosi z sobą "Elijah" (z delikatnym głosem ciemnowłosej piękności Angeli John) oraz clashowa przeróbka nagrania duńskiego Laidback "Happy Dreamer" autorstwa brytyjskiego duetu Happy Horse. Tak na marginesie to ci sami panowie odpowiadali także za oryginalną wersję utworu Tim Stahla i Johna Guldberga. Na zakończenie "Hotel Costes 10" żegna się razem z hiphopowym "Fleur Blanche" oraz nusoulowymi poczynaniami Benny Singsa w "Coconut". Numer równie dobry, jak jego cała ostatnia płyta dla Sonar Kollektiv - "Benny ... At House".

"Hotel Costes 10" zapiera dech w piersiach swoim rozrzutem stylistycznym. Nie jest to może coś nowego w wypadku tego tworu – muzycznej marki Stephane’a. Jednak potencjalnego słuchacza może zadziwić to, że co kolejna costesowa płyta, to zaskoczenie na całego. To tylko potwierdza to, że mało kto może się równać z niesamowitymi umiejętnościami oraz DJską zręcznością (podpartą niesamowitą intuicją) Pompougnaca. Stephane wspinając się coraz wyżej, na wyższe piętro hotelu, serwuje coraz to szerszy wachlarz muzycznych dań – istnej perełkowej uczty dla uszu. Nie ma chyba prawdopodobnie na świecie bardziej kanapowego eklektyzmu prezentowanego co kilka miesięcy w godzinnej, pełnej sonicznych przygód, sesji aniżeli serii "Hotel Costes". Merci ami.

09:17, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 grudnia 2007
Odświeżacz płyt #16

Nagrali w zeszłym roku jedną z najlepszych polskich płyt z pogranicza elektroniki, post & kraut rocka oraz dubu. Dwóch dwudziestoparolatków z Warszawy, którzy lawirują pomiędzy Neu!, The Clash, Billem Laswellem, Meat Beat Manifesto a Moritzem Von Oswaldem. Niestety nie zostali szerzej zauważeni na rodzimej scenie. Choć są szanse, że przygarnie ich do siebie sam Mike Patton.

Okładka albumu duetu Centrum

O projekcie Centrum po raz pierwszy dowiedziałem się w drugiej połowie 2005 roku. Wtedy to po wydaniu "Errant Signals" (dla duńskiego netlabela Kyoto), Łukasz Krupiński (aka Tekdev69) oznajmił mi, że szykuje się lekka odmiana od dotychczasowych eksperymentów z pogranicza modernistycznie minimalnego, technoidalnego dubu. Wtedy to także po raz pierwszy usłyszałem próbkę możliwości duetu Centrum – nagranie "Candyflipper", które znalazło się na ich debiutanckim albumie. Łukasz narobił mi niezłego smaku tą płytą. Uważałem owy longplay jak i ten projekt za "czarnego muzycznego konia polskiej sceny niezależnej" roku 2006.

W lutym 2006 roku nastała premiera krążka i ... właśnie. Moje oczekiwania nie zostały zmrożone ni to średniością, ni to tandetnością materiału. To kolejne, poszczególne utwory Metra podkręciły ową ekscytację oraz wyostrzyły ją jeszcze bardziej. I to od pierwszych minut albumu. "Sunny Days" wprowadza pulsacyjną i przestrzenną dubową rytmikę w kooperacji z niebanalnie wykorzystaną gitarą, z której Piotrek Grabski w każdym utworze wydobywa inne, niesamowite dźwięki niczym czerpał wodę z magicznego źródła. Stąd Centrum od samego początku ostrzega, że tradycyjnego grania tutaj nie będzie zbyt wiele. I dobrze zrobili, bo jestem osobiście dosyć zniesmaczony ostatnimi czasy oldschoolowymi dubowymi rytmami lub indie rockowymi klonami, od których powiewa jedynie nuda i reprodukcja tego samego po raz enty. Choć warszawski duet nie odciął się od korzeni i przygotował trochę takich brzmień w oryginalny sposób je wykorzystując. Choć "Rainy Days" trudno nazwać za twór konserwatywny, to miłośnicy czystych jamajskich brzmień powinni być nim usatysfakcjonowani. Lecz nie ma co zbytnio koncentrować się na dubowej powłoce "Metro". Warto również powiedzieć nieco o robocie Piotrka, który wykonał kawał dobrej roboty. Wpasował idealnie swój instrument w mrożny, easy listening’owy klimat "Morning Sky". W podążającym własnym torem "Futurematic" Grabski podkręcił koktajlowymi riffami tripowe transowe tło. Wielkim plusem "Metro" jest to, iż Paweł i Łukasz nie skorzystali z żadnych wokalów. Bo jeżeli by tak było, to bałbym się o końcowy rezultat tego albumu. Mój awers jest głównie podytkowany doświadczeniami z "Musishal" Zakopowerów, która to płyta spaliła się samoistnie z powodu przeakcentowania góralskich vel gooralskich głosów.

Równie dobrze "Metro" się zaczyna i równie dobrze ono się kończy. Jej ostatnie stacje, czyli "Babylon Electric" oraz "Zentrum", to istna uczta dla wygłodniałych i spragnionych (jak ja) świeżych, awangardowych rockowych-gitarowych eksperymentów. Salutowe Centrum nikt nie powstrzyma i nie przebije, bo "Metro" jest jedno. W czerwcu 2006 roku ten stołeczny duet zmienił swój skład. Gitarzystę Piotra Mazurka zastąpił Piotrek Grabski. W takim składzie Centrum występuje głównie w warszawskich klubach. Na swoim profilu na łamach serwisu Myspace umieścili cztery nowe nagrania stworzone w 2007 roku. Emanują one dubowymi witaminami, które miejscowo wzmacniają kraut-space’owy wyraz gitarowych, niezmiernie psychodelicznych strun. Miejmy nadzieje, że rok 2008 przyniesie drugi album duetu Centrum i większe zainteresowanie otoczenia ich twórczością, bo mało kto ale oni na to po prostu zasługują.

08:29, marcin.nieweglowski , Retro & Oldschool
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 grudnia 2007
Pożegnanie z Sublight Records

Październikowa kompilacja "Imaginery Friends" była ostatnią pozycją wydaną przez Sublight Records. Ta oficyna, często określana mianem "najbardziej twórczym zagłębiem breakcore’u w Kanadzie”, "bardziej pojechaną wersją Planet Mu" lub "kanadyjskim Warpem", zniknęła z rynku muzycznego po ponad trzech latach działalności.

Okładka kompilacji

Przełom lat 2006 i 2007 nie był ani szczęśliwy, ani zbytnio udany dla niezależnych wytwórni. Pod koniec ubiegłego roku upadł Intergroove - brytyjski dystrybutor wielu niezależnych oficyn wydawniczych. Tym samym skomplikowała się sytuacja takich wytwórni jak: Finger Lickin’, Cocoon i Baroque, które były pod jej skrzydłami. Wydając ostatni album Proswella Bruxist Frog w limitowanej wersji tysiąca sztuk, w styczniu swoją działalność zakończyła amerykańska wytwórnia z Miami – Merck Records.W przeciągu swoich siedmiu lat działalności ta oficyna z Florydy wypromowała takich producentów jak: Md, Travis Stewart, Proem, Lackluster, Malcolm Kipe oraz Deceptikon. Natomiast w listopadzie doszło do bankructwa Amato Distribution – brytyjskiego potentata z rozpowszechnaniu płyt z ponad stu wytwórni m.in.: Kompakt oraz Crosstown Rebels.

Kilka miesięcy wcześniej, w czerwcu portal Xlr8r.com poinformował o zamknięciu z końcem tego roku wytwórni Sublight Records. Oficyna założona w styczniu 2004 roku przez Aarona Rintoula w kanadyjskim mieście Winnipeg miała na początku swojej działalności promowanie wyłącznie producentów z Ameryki Północnej o bardzo wyróżniającym się stylu, zarówno z USA (The Flashbulb, Richard Devine, Datachi, Enduser, Wisp), jak i Kanady (Lynx & Ram, Venetian Snares, Fanny). Z czasem Sublight Records rozszerzyła swój wydawniczy horyzont o europejskich producentów z pogranicza idm’u, drill’n’bassu oraz breakcore’u takich jak: Mark Swift, Gareth Clarke i The Gasman z Wielkiej Brytanii, projekt Funckarma z Holandii, Ra z Francji oraz Puzzleweasel z Danii (gość jednego z czerwcowych wydań audycji Breezeblock w BBC Radio One). Nad całym tym artystycznym składem unosiła się główna idea Rintoula, której sednem było wydawanie rzeczy wartościowych dla samego muzyka aniżeli adorowanie odbiorców modnymi nurtami, które się sprzedadzą w dużych ilościach. W wywiadzie dla Connexion Bizarre szef Sublight Records wyznał, że do płyt, których sukces można było by ocenić jedynie pod względem finansowym, należą: "Winnipeg Is A Frozen Shithole" Venetian Snares, "Cautella" Richarda Devine'a oraz "The Only Way To Go Is Down" Method Of Defiance – duetu Billa Laswella i Kurta Glucka (znanego szerzej jako Submerged - właściciel brooklyńskiej wytwórni Ohm Resistance).

Na zakończenie swojej działalności Sublight Records wydała 22 października zbiorowe wydawnictwo "Imaginery Friends". Jest ono kontynuacją serii kompilacji zapoczątkowanych w marcu 2006 roku płytą "Eyelicker". Siedemnaście niewydanych do tej pory nagrań autorstwa producentów utożsamianych mniej lub bardziej z tą wytwórnią. The Flashbulb i Sincere Trade przygotowali zestaw słodkich i urocznych idm’owych kołysanek ("Our Furry Past Life", "For Him"). Enduser pokręcił mocnymi i brudnymi rytmami w drum’n’bass’owym "Fear". Acrnym popstrykał dwuminutową komputerowo-chipowo-mashupową sieczką nazwaną "No Sponge". Nie zabrakło na "Imaginery Friends" wojennego klimatu hardcore’u – prosto z Toronto piekielnie zabawni Belladonnakillz i ich "Ego Go". A jak mosiężny trip top to jedynie Ra w wydaniu "Strict Egg". "No Servant" to digital punch od Datachi. Nie zabrakło potrzaskanego junglecore’u Kanadyjczyka Not Half’a ("Humdrum Drum III") oraz futurystycznego, wipeout’owego breakcore’u Eboli ("Reptilian Cell Matter"). "Imaginery Friends" to również producenci, którzy swoje pierwsze kroki w muzycznym światku stawiali właśnie razem z Sublight. Gareth Clarke w "Tabula Rasa" to natchniony bajecznymi melodiami, atłasowy idm. Kanadyjski duet Lynx & Ram ujawniają swoją synthpopową twarz o nurave’owych rysach w "Law School", a Mark Swift - drill’n’bassową oniryczność "The Springtime Swift". Kompilacja oprócz głównych postaci wytwórni Sublight i jej najmłodszych odkrytych talentach, składa się także z utworów zaprzyjaźnionych muzyków. Niemiecki producent Donna Summer przystępuje do junglecore’owej anihilacji na "Party People", a Duran Duran Duran miażdży jazzującym, drapieżnym breakcore’m "Bustin Loose".

Druga a zarazem niestety ostatnia składanka z wytwórni z Winnipeg przewyższa poziomem "Eyelicker". Bardziej odpowiada profilowi Sublight z jej ostatnich dwóch lat. Szkoda tylko, że na płycie zabrakło miejsca na nagrania Richard’a Devine’a czy Venetian Snares. W ogóle szkoda, że to ostatnie wydawnictwo z oficyny Aarona Rintoula. "Imaginery Friends" to testament ostatnich lat rozwoju form nowych brzmień na świecie.

08:29, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2007
Maskaradowe electro z Bawarii

Z okazji zbliżającego się wielkimi krokami karnawału, monachijska electrohouse’owa wytwórnia Great Stuff Recordings szykuje specjalną pozycję. "Great Carnival Stuff" będzie zestawem jedenastu nagrań producentów, których do pracy zainspirowały coroczne wydarzenia mające miejsce w brazylijskim Rio.

Okładka kompilacji

Niemiecka oficyna Great Stuff Recordings powstała w październiku 2003 roku jako reakcja na zmiany mające miejsce biznesie muzycznym. Na przełomie lat 2003 i 2004 zaczynał się akurat szał na rodzące się brzmienie electro house, który ten fakt trójka Niemców (Thomas Brückner - znany szerzej jako Tomcraft, Erik May oraz Sebi Bohnenberger) skrzętnie wykorzystała. Great Stuff Recordings stała się nie tyle samą wytwórnią, co ogromną korporacją muzyczną składającą się także z agencji bookingowej, publishera oraz działu tworzącego komercyjne filmy oraz klipy muzyczne. Ta monachijska oficyna wypłynęła wyraźnie na powierzchnię muzyczną w zeszłym roku. Wtedy to pojawiły się dwie electro EPki z jej kuźni, które podbiły Europę: "Exceeder" holenderskiego producenta i DJa Masona oraz "Electric" niemieckiego duetu Eyerer & Chopstick. Tą dobrę passę kontynuował w tym roku Butch wraz ze swoją płytą "On The Line".

Formą, za pomocą której Great Stuff Recordings chce obchodzić karnawał roku 2008 w Monachium, będzie wydanie specjalnej kompilacji "Great Carnical Stuff". W skład jej będą wchodziły eksklusywne nagrania wyprodukowane przez producentów związanych z tą oficyną, jak i jej przyjaciół. Mają one w swojej formie odwoływać się do tradycyjnej ulicznej parady, która ma miejsce co roku na początku stycznia w brazylijskim Rio. Kilkunastu producentów z przeróżnych krajów (Niemcy, Brazylia, Austria, Irlandia) przeniosło południowoamerykańskiego, rozrywkowego ducha na dźwięki z pogranicza electro house, tech house oraz minimal. Wśród autorów tych nagrań znalazły się takie osobistości jak: Fergie, Oliver Koletzki, Tobias Lützenkirchen, Wehbba oraz Swen Weber (który 21 marca wystąpi w warszawskiej Piekarni). Nie zabraknie więc rytmów samby, wystrzałowych perkusji, ekstrawaganckich aranżacji oraz wielości barw zawartych w elektroniczno-klubowych interpretacjach tego święta.

Kompilacja “Great Carnival Stuff” pojawi się 25 stycznia 2008 roku. Na internetowej stronie wytwórni Great Stuff Recordings można juz teraż zapoznać się z całą zawartością tej składanki.

08:35, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7