Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


niedziela, 30 listopada 2008
Landstrumm w funtach

Jeden z prekursorów eksperymentalnego techno za niecałe czterdzieści funtów? Tak, to jest możliwe, ale tylko w nazwie krążka. "Lord For £39" będzie drugim longplay'em Neil'a Landstrumm'a dla wytwórni Mike'a Paradinas'a. Pojawi się on wraz z nadejściem grudnia, czyli już jutro.

okładka albumu

Profesor przesterów, zgrzytów, dziwacznie zaprogramowanych sygnałów oraz niestandardowych rytmów. Niegdyś - jeden z czołowych przedstawicieli awangardowej sceny nu school techno; lub dla bardziej wtajemniczonych w meandry andegrandu - wonky techno. Obecnie guru - wizjoner nowoczesnej muzyki miejskiej. Ciekawe, czy ktoś kiedyś pokusi się o przyznanie Neil Lanstrumm'owi doctor honoris causa. A może i kiedyś ten Szkot z Edynburga zostanie doceniony przez królową Elżbietę II, która nada mu tytuł szlachecki i będzie można mówić o nim lord Landstrumm. Ale obecnie nie ma co sobie tym zawracać głowy.

Neil Landstrumm - fot. Krijn Van Noordwijk

W zeszłym roku Neil podbił wytwórnię Planet Mu swoim nowatorskim podejściem do całej, kilkudziesięcioletniej spuścizny brytyjskiej muzyki miejskiej. Nastąpiło to wszak z pojawieniem się jego albumu Restaurant Of Assassins (z gościnym występem legendarnych nawijaczy Ragga Twins). Hip hop, electro, techno oraz dubstep - wszystko to zostało bezpardonowo wywrócone do góry nogami tworząc zakręconą i wymyślną estetykę urbanistycznego dźwięku XXI wieku. Jak było słychać - ten weteran technoidalnych eksperymentów nie zdziadział i w dalszym ciągu cechuje się niespożytymi pokładami stawiania wszystkiego na swoim. Po nieco ponad roku Landstrumm ponownie nawiedza i deprawuję oficynę Mike'a Paradinas'a swoimi porytymi oraz zdewociałymi aranżacjami. Na początku - tytuł albumu "Lord For £39" odnosi się do tego, iż ten Szkot jest wielki zwolennikiem wykorzystywaniem oldschoolowych kombinacji do rozprawiania się ze współczesnym technologicznym próżniactwem oraz cwaniactwem. Neil idzie więc za ciosami "Restaurant Of Assassins". Tym razem o wiele głębiej. Zacznę więc od samego składu osobowościowego. Landstrumm zaprosił (ponownie) Si Begg'a, Tobias'a Schmidt'a (nu schoolowca), Ebola oraz dwóch ulicznych nawijaczy: Profisee z Edynburga oraz Carlton Killawatt. Wspomogli oni go w mutacji surowego techno i ordynarnego dancehall'u oraz ośrodkowego rozpróżnienia dubstepu i rave'u, ostatecznie tworząc nowy porządek dźwiękowy wyrażający się bezkompromisowym i wściele warczącym basem. Totalne zgniecenie wszelkiej brytyjskiej, muzycznej miejskości i uformowanie z niej czternastu utworów, których siła rażenia jest do końca nie do ustalenia.

Longplay "Lord For £39" zostanie wydany przez Planet Mu. Z jego fragmentami możecie zapoznać się na stronie wytwórni. Z okazji swojego najnowszego albumu, Neil przygotował promocyjny miks zawierający większość nagrań z "Lord For £39" oraz kilka dodatków.

16:27, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 listopada 2008
Rozbudzony na czas Dynamoe

Szwecja ma duet Koop, a Dania - Dynamoe. Ten drugi nujazzowy projekt obchodził w zeszłym roku okrągłą rocznicę swojej działalności. Z racji tego wypuścili oni swój trzeci album "In The Wake Of Time". Idąc w ślady wielu niezależnych artystów - w sieci. Po raz kolejny można dowiedzieć się o tym, że downtempo ma rockowe konotacje. Choć mam wątpliwości co do korzyści płynących z tego.

okładka albumu

Na dokonania Dennis'a Lee i Giovanni Campagna wpadłem pewnego dnia przypadkowo dzięki ich zaistnieniu na Last Fm. Projekt Dynamoe powstał w 1997 roku w Kopenhadze. Powiedziałem specjalnie "projekt", gdyż o ile jego mózgami są wspomniani przeze mnie Duńczycy, o tyle działają z nimi jeszcze zaprzyjaźnieni muzycy; nie zawsze ze Skandywanii. W 2001 roku pojawił się debiutancki album Dynamoe "Jump Start" (który można pobrać za darmo z ich strony). Kolekcja twardego trip hopu nasączonego elektroniką, nieco downtempo poskładanego z dubowych okruchów oraz różnych form łamiącego się rytmu (np. na bigbeatowo w Electricity); nie zabrało także i drum'n'bass'u. Wielką popularnością daleko w Australii cieszył się ich drugi album Coming Home (z nakręconym klipem do "In Your Own Time" z gościnnym występem brytyjskiej jazzowej wokalistki - Liz Wilson). Zresztą nie bez przyczyny.

Z okazji dziesięciu lat w muzycznej branży, Dennis i Giovanni postanowili wydać trzeci album "In The Wake Of Time". Z jazzowej rozkoszy wielopoziomowego downtempo skoczyli oni w stronę pop rock'a oraz chillout'u. Ekipa Dynamoe postanowiła oddać się postępującym rozwoju - mutacjom. Już nie stawiają oni na tak zróżnicowane oblicze, jak poprzednio. Wpadli oni z deszczu pod rynnę zbytniego spłaszczania i zlounge'awiania swojego przekazu. Ok - dalej jest u nich istotny pochód wolno krocząnych downtempowych aranżacji, ale jakby robionych bez większego pomysłu. Już na samym początku krążek "In The Wake Of Time" zapowiada chillout'owa powierzchowność ala Prarov Stelar'a wyeksponowana przez balladową popowość Goldfrapp w męskim wydaniu. Przekłada się to również na to, że partie wokalne nie są w ogóle wyraziste, tylko jakby wkomponowane od niechcenia. Całość starają się ratować dwa, w miarę czytelne numery odróżniające się od reszty kobiecym głosem. Mowa o  "When This Is Over" i "Vivid Mind", które wprowadzają nieco rozkojarzenia poprzez wampirowe, organowe dźwięki. Ogólnie więc zamiast zamiast kolejnej odsłony wspinania się w wykonaniu Dynamoe słychać zdecydowanie duńskie pikowanie pod względem jakościowym. Nie żeby popowa otoczka jakoś szczególnie gryzła czy irytowała. Jednakże poraz pierwszy w ich historii brzmią w sposób wysoce monotonny i odgrzewający. Tak to wygląda z mojego punktu widzenia.

Jak na rocznicowe wydawnictwo - wypadli oni na nim bardzo średnio. Po raz pierwszy eklektyczna masa chilloutu góruje u Dynamoe nad rozpościerającą się głębią downtempo, co może alarmować. Jedynym z nielicznych plusów albumu "In The Wake Of Time" jest to, iż Lee i Campangna postanowili wyprzedzić kroki Radiohead i wydać ów album wyłącznie w sieci. Można go ściągnąć z ich strony internetowej - zupełnie za darmo. Sprawdzić jego jakość, a następnie za niego zapłacić za pośrednictwem systemu Paypal. Ci co docenią jego zawartość (niestety nie zaliczam się do tej grupy), zapewne (chyba) za niego zapłacą. Po za tym chłopaki pracują nad swoim kolejnym longplay'em. Mam nadzieję, że powrócą oni do stylu z ich dwóch, pierwszych albumów. Bo wielka była by szkoda, gdyby Dynamoe się po prostu rozpłynęło.

23:50, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 listopada 2008
Ragga Twins w retrospektywie

Najwyższy czas, aby przedstawić dorobek dwóch legendarnych mistrzów ceremonii - braci Destouche z północnego Londynu - The Ragga Twins. A jest temu okazja. Niedawno powstała braterska antologia - dwupłytowe wydawnictwo "Ragga Twins Step Out", dzięki któremu można usłyszeć ich wcześniejsze związki z brytyjską sceną hip hop, dancehall a nawet z rave'owym jungle.

okładka albumu

Na przykładzie historii David'a i Trevor'a można wiele dowiedzieć się o tym, jak wyglądała i rozwijała się niezależna, brytyjska scena muzyczna na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Bo jej historia jest o wiele bardziej zróżnicowana i złożona, aniżeli można to wywnioskować po Beatlemanii, która miała miejsce w latach 60. W tym samym okresie, kilka tysięcy na południowy zachód rozpoczął się okres odzyskiwania niepodległości przez brytyjskie kolonie; z Jamajką na czele. To ci ludzie następnie wzbogacili kulturę brytyjską m.in. przyczyniając się do stworzenia sformułowania "rave", które na Karaibach znaczy mniej więcej tyle, co "impreza". W ten cały proces formułowania się wieloetnicznej muzyki brytyjskiej wpisali się bracia Destouche. Flinty Badman (Trevor) i Deman Rockers (David) pojawili się pod koniec lat 80. jako część reggae'owego sound systemu Unity. To oni przyczynili się do współstworzenia nurtu jungle charakteryzujący się bardziej połamanym i nierównomiernym rytmem tworzonym przy użyciu elektroniki. A boom rave spowodował to, iż Ragga Twins stali się również synonimem stylu "regga breaks", którego elementy można było później usłyszeć w twórczości ekipy The Freestylers czy Freq Nasty'iego.

Równie ważnym elementem w tej brytyjskiej kulturalnej układancie jest oficyna Soul Jazz. Na przykładzie jej katalogu wydawniczego można śmiało przestudiować transformację i rozwój muzyki miejskiej. Od promocji rodzimego jazzu, soul-funku, acid jazz i disco po ostatnie odważne poczynanie na gruncie dubstepu. To ona, mieszczącą się w słynnej londyńskiej dzielnicy Soho, postanowiła wydać zbiór najlepszych kompozycji Ragga Twins z ich pierwszych lat wpinania się na sam szczyt kariery. A miało to miejsce w latach 1990-1992. Muzyczna kronika Ragga Twins Step Out to osiemnaście nagrań w wersji kompaktowej i o jedno więcej w winylowej edycji. Wśród nich niemalże cały materiał z "Reggae Owes Me Money" - debiutanckiego albumu Ragga Twins. W tym ragga-funkowy breakbeat "Juggling" czy oldschoolowe jungle "Spliffhead", które po latach brzmi, jak jakaś zwariowanka nowinka. Wartość longplay'a "Reggae Owes Me Money" pokreśla fakt, że w swoim czasie zajmował on pierwsze miejsce w zestawieniu brytyjskich list przebojów z muzyką taneczną. Jeżeli mowa o samym kontekście powstania "Ragga Twins Step Out" to warto przyjrzeć się również temu, kto stworzył podkłady do przeważającej ilości nagrań Ragga Twins. Bo jak wiadomo - Trevor i David nie tworzyli nigdy swoich kompozycji tylko je ubarwiali swoimi nawijkami. Za ich sukcesem stoi duet Shut Up & Dance. Byli raperzy, którzy przeszli na producencką stronę mocy tworząc legendarną brytyjską, breakbeatową wytwórnię Shut Up & Dance Records wraz z jej dywizjami: Redlight (jungle), Ruff Quality Recordings (postrave'owe eksperymenty) oraz najmłodszą w rodzinie - New Deal Recordings (garage, 2step). Nie mniej ważni dla fenomenu rave, jak sami Ragga Twins. I tak jak wspomniałem na początku kompilacja "Ragga Twins Step Out" to dowód na to, że pomiędzy hip hop'em, reggae oraz rave'm i następnymi brytyjskimi tworami muzycznymi zachodzi związek przyczynowo-skutkowy; że jedno wynika z drugiego. Zreszta numery braci Destouche słucha się po tylu latach z wielką uwagą. A dla mnie to jest jeszcze bardziej istotne, gdyż wychowałem się na jungle oraz hardcore'owym breakbeat'cie. Dzięki Soul Jazz Records można również posmakować Trevor'a i David'a z okresu działania w sound systemie Unity. Dostajemy to w formie dwóch rarytasowch, reggae'owch nagrań: "Hard Drugs" i "Iron Lady". W tym drugim Ragga Twins poruszyli sprawy polityczne. Zresztą adresatem okazała się ówcześnie rządząca żelazną ręką premier - kobieta Margaret Thatcher. Są to jedyne utwory na tej składance, których podkład muzyczny nie jest autorstwa Shut Up & Dance, a Ribs'a - szefa Unity Sound - legendarnej brytyjskiej dancehallowej oficyny z lat 80.

Od wielu lat David i Trevor udzielają się dosyć sporadycznie. Od wydania ich ostatniego albumu "Rinsin' Lyrics" (z aranżacjami autorstwa samego Geoff Wilkinson z US3) minęło ponad trzynaście lat. Przeważnie można ich wyczyny zauważyć na EPkach producentów breakbeatowej sceny. Jednym z ostatnich jest współpraca Ragga Twins z Aquasky. Ma to także swój polski akcent. Specjalnie z okazji światowych finałów IDA (International DJ Assiociation), które odbędą się w grudniu w Warszawie, stworzyli oni klip do nagrania, którego muzyczne tło łączy turntablizm z technoidalnym breakbeatem. Gdyby nie dokonania Ragga Twins to kto wie, może nurtu jungle w ogóle by nie było, a cała historia brytyjskiego rave potoczyłaby się zupełnie inaczej. W każdym bądź razie składanka "Ragga Twins Step Out" to dowód na to, jak bardzo reggae odcisnęło swoje magiczne piętno na elektronicznych nurtach muzycznych. Gdybyście szukali składników fundamentów grime'u czy dubstepu, to jeden z nich macie podany, jak na tacy.

23:16, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
Kolejne oblicze Stendeck'a

Eksperymentator technicznych możliwości dźwięku z szwajcarskiego, włoskojęzycznego Lugano Alessandro Zampieri po raz kolejny absorbuje moją uwagę. A to z powodu jego drugiego albumu "Faces" dla kanadyjskiej wytwórni Geska Records. Co by tutaj więcej mówić - współczesna muzyka filmowa o wielu twarzach z pogranicza industrialu, muzyki klasycznej, jazzu oraz niekonwencjonalnej elektroniki. Jak do tej pory - jego najlepsze wydawnictwo.

okładka albumu

Z muzyką jest, jak ze wszystkim, co żyje i ewoluuje - ma swój złoty okres świetności. Era big beatu (lub jak Amerykanie mówią "funky beats") minęła, a nu jazz coraz bardziej idzie w stronę glamour'owego lounge'u. Podobnie było niegdyś z idm'em czyli intelligent dance music. Choć dla mnie nigdy nie był to "taneczny" nurt (trudno przy nim realizować tą czynność), a raczej "cyfrowy", mocno usytuowany w technologicznych możliwościach wykręcania i robienia z dźwiękiem to, co tylko się zechce. Od punktu kulminającego, przypadającego na połowę lat 90., aż do teraz idm zszedł wyraźnie do głębokiego andegrandu. Gdzie i tam dostało mu się. Przykładem tego jest zniknięcie z eksperymentalnego horyzontu dwóch kanadyjskich wytwórni. Najpierw dotknęło to Sublight Records w ubiegłym roku, a niedawno - Geska Records. Choć ta druga przed zakończeniem swojego sonicznego żywota, wydała jeszcze drugi album szwajcarskiego producenta Stendeck'a.

Głośno o dokonaniach Alessandro zrobiło się wtedy, kiedy jego drugi longplay Can You Hear My Call? został stworzony przy niemałym wkładzie Mike'a Wells'a - połowy legendarnego duetu Gridlock. Nie podzielałem i w dalszym ciągu nie podzielam zdania wielu osób, jakoby drugi krążek Zampieri'ego mógł czymś specyficznym zaskoczyć. W dalszym ciągu słychać było chropowatość w negatywnym tego słowa znaczeniu. Czyli brak pomysłów i jakiekokolwiek sensu w nich oraz ciągłości, przykrywaną stertą surowych dźwięków. Nie urzekła mnie niczym. Odepchnęła mnie całą resztą. No ale to było trzy lata temu. Po dwóch latach mogę powiedzieć, że warto było zaryzykować i wziąć do przetestowania płytę Faces. Trzeci longplay Alessandro wyróżnia się na tle poprzedniego albumu bardzo wyraźnym nawiązywaniem do swoich korzeni. Mało kto wie, ale jest on z wykształcenia fortepianistą oraz ma epizody związane z tworzeniem zespołów z pogranicza gotyckiego metalu i electro industrialu. Stendeck złączył w jedną całość epicką, ambientowo-transową, filmowo-gotycką eskapadę wybuchającą przy syntezie z brudnym trip hopem czy przesterowanymi, metalowymi oraz nerwowymi uderzeniami. I co najważniejsze wreszcie u Zampieri'ego czuć owy tematyczny ciąg od pierwszego do ostatniego (siedemnastego) nagrania. A to już wielki postęp, ponieważ totalny brak tego kluczowego elementu na "Can You Hear My Call?" pogrzebał płytę na samym wstępie. U Alessandro w dalszym ciągu wszystko jest bardzo niespokojnie i niewychowanie. Ale o swoje uszy nie ma co się obawiać, bo radykalne zdigitalizowane, diamentowe łomoty (jak u C.H. District) są symultanicznie łagodzone przez delikatne tło klasycznych akordów. Dzięki temu nie ma wrażenia, że Stendeck przeindustrializował album. No i co najważniejsze Zampieri zainteresował się trip hopem intensywnie wykorzystując jego potencjał na tym krążku, np. w wyalienowanym "The Woman Who Burnt On Her Bed" czy zakradającym się "The Massacre Of The Black Flying Horses". Wszystko zgrane na tip top jak u Hecq'a czy ekipie Geomatic.

A jednak zapowiedzi czasami sprawdzają się. Krążek "Faces" jest cholernie dobry w budowaniu dźwiękowego krajobrazu pełnego niepewności oraz skrywanych tajemnic. Nie jest to także jakieś objawienie. Rzadko w eksperymentalnej elektronice trafiam na to, by sfera melodyjna i rytmiczna były w stosunku do siebie ekscentryczna. Przeważnie jedno góruje nad drugim. U Mr. 76ix dominuje naginanie i przekraczanie oraz rozrywania granic w dotychczasowych formach rytmicznych. Stendeck preferuje melodyjno-emocjonalny rozmach, dzięki czemu więcej w tym jest nieuchwytnej interakcji. Za każdym razem inna. Niedługo będzie można przetestować jego świeży materiał. Alessandro ma wydać swój kolejny album. Tym razem pod swoje skrzydła wzięła go młodziutka, amerykańska wytwórnia Tympanik Audio. Longplay'a "Sonnambula" można spodziewać się jakoś na początku przyszłego roku.

16:22, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 listopada 2008
Cała naprzód duetu Serengeti-Polyphonic

O to co się stanie, jak spotka się dwóch chicagowskich, artystycznych outsiderów. Poetycki poszukiwacz ludzkich historii na ulicy - filozof Serengeti oraz programista ekstrawaganckich, nowoczesnych podkładów -  technik Polyphonic The Verbose stworzyli razem album "Don't Give Up", na którym obaj wywiązali się ze swoich ról z nawiązką. To już nie jest żaden hip hop, tylko współczesna muzyka miejska pokazana od środka.

okładka albumu

Od kilku lat David Cohn (Serentegi) i Will Freyman (Polyphonic) związani są z młodą wytwórnią Audio 8 Recordings. Nadrzędnym celem tej, położonej w dwóch miastach (Chicago, San Francisco), oficyny wydawniczej jest wypuszczanie na rynek techniczno-inżynierskich abstrakcji z pogranicza turntablizmu, eksperymentalnej elektroniki oraz rapu. Jeszcze do niedawna ścieżki artystyczne Will'a i David'a biegły swoim indywidualnym tempem. Niby tak równolegle. No bo Cohn pisał teksty do nagrań na swoje kolejne albumy oraz zapraszał różnych producentów w celu stworzenia mu rytmicznego tła. Natomiast z Freyman'em było odwrotnie - kreował aranżacje na krążki. Pierwszy raz ich drogi skrzyżowały się sprzed trzech lat. Will był inżynierem dźwięku płyty David'a "Race Trading" (którą można pobrać za darmo). Moim zdaniem był to bardzo słaby początek ich współpracy - materiał brzmiał bardzo słabo, bez wyrazu.

Od tamtej pory zaszła diametralna różnica pomiędzy duetem Serengeti-Polyphonic sprzed kilku lat, a tym z chwili obecnej. Krążek Don't Give Up to przede wszystkim wyżyny dźwiękowe - rytmiczne oraz tekstowe. Wszystko w stosownej synchronizacji. Nie ma mowy o tym, żeby jeden nawijał dla siebie, a drugi stworzył podkłady ku połechtaniu swojego artystycznego ego. Podobnie jak w przypadku Serengeti trudno mówić o rapie, tak u Polyphonic'a trudno powiedzieć, iż stworzył stricte hiphopowe aranżacje. Obaj wykorzystują w pełni swój mega dziwaczny talent. I to na każdym kroku. W tym celu przykładowo rozłożę "Puppydog Love". Will ponaginał i powymieszał przeróżne nurty (trip hop, smyczkowy drum'n'bass ala Saltillo, grime), do którego David przemówił w nieco tradycyjny, z lekka blues'owy sposób. Mamy więc z jednej strony nawijającego opowiadacza z krwi i kości (choć to żaden emsi), a z drugiej zaś kogoś, kto uformował wręcz labiryntowy, miejski podkład o piramidalnej, skomplikowanej strukturze. Nie jestem zbytnio fanem rapu na hiphopowych albumach, ale akurat Serengeti jest wyjątkiem. Moc duetowej armaty tego albumu wyraźnie daje sobie znać w: jazzowej aparaturze "2 Times 2", na wpół dubstepowym "Eleven", analogowej symfonii sci-fi "Dont' Feat The Mimes" oraz pokusach Detroit techno tkwiących w "Waste Of Time". Do tej dźwiękowo-lirycznej oprawy dostaliśmy także klipy do dwóch utworów. Do jednego bardziej na skroś folkującej ballady (Sunrise) oraz laptopowego, iskrzącego od wpływu technologii Lately I Haven't Been Feeling Well. Mimo, że nie jestem rasowym geekiem, ale z racji mojego obłęgu na punkcie szukania zastosowania oldschoolu w nuschoolowym świetle, wolałbym więcej tych drugich dźwięków.

Mówi się, iż do odważnych świat należy. Do Will'a i David'a - napewno. Śmiem nawet stwierdzić, że "Don't Give Up" to najbardziej progresywna płyta z katagolu Audio 8, jaka do tej pory ujrzała światło dzienne. Życiowe, często wielowątkowe opowiadanka Serengeti wplecione w zawiły i kaskadowy świat brzmień Polyphonic'a oddaje sedno pulsu bijącego ze współczesnej dżungli - miasta. Cudowna postnuschoolowa dziwaczność oraz niekonwencjonalność. To właśnie cenię w nowoczesnej, eksperymentalnej (będącej zawsze na krawędzi własnej teorii) muzyce miejskiej.

22:14, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10