Niekonwencjonalna elektronika, niezależny hip hop, awangardowy rock, muzyka klasyczna i filmowa oraz jazzowe nurty w jednym miejscu





View Marcin Nieweglowski's profile on LinkedIn

Zobacz mnie na GoldenLine

Popieram Kodeks Blogerów

LINKUJMY! - akcja hipertextowa

Number of online users in last 3 minutes Number of online users in last 3 minutes


sobota, 31 stycznia 2009
Tiersen w hołdzie Tabarly

Utalentowany francuski kompozytor - minimalista stworzył w zeszłym roku oprawę filmową do rodzimego filmu "Tabarly". W przeciwieństwie do swoich poprzednich dzieł z tej półki, tym razem Tiersen miał nie lada zadanie do wykonania. Skomponować w formie dźwięków portret jednej z żeglarskich legend XX wieku.

okładka albumu

Nie jest wyłącznie polską specyfiką to, że nie docenia się świetnie rokujących na przyszłość nieoszlifowane muzyczne diamenty - młodych kompozytorów. Takie rzeczy mają miejsce także w, wydawałoby się, bardziej "ukulturalnionej" Francji. Bo tak było w przypadku pochodzącego z Breścia Yann'a Tiersen'a. Dopiero za trzecim razem (Le phare) zaczęto brać jego twórczość na poważnie. A zarazem nadrobić to, co już napisał (La Valse des Monstres, Rue des cascades) oraz obserwować kolejne poczytania Yann'a (Tout est calme, L'absente, Les retrouvailles ). Przyznam się, że także i ja musiałem przejść tą edukacyjną drogę po tym, jak usłyszałem Tiersen'a ścieżkę dźwiękową stworzoną do bajkowej komedii "Amelia". Ci z was co widzieli ten film, to zapewne dokosnale pamiętają motyw Le Noyee. Ten francuski, wędrowny i tragarzowy akordeon przypomina mi o klimacie bocznych, wąskich uliczek miast i miasteczek we Francji.

I tym razem będzie przede wszystkim o filmowych poczynaniach Tiersen'a. Tworzy on je dosyć nieregularnie i pojawiają się raz na kilka lat. Bo od czasów instrumentalnej oprawy do Good Bye Lenin! (film równie kultowy co "Amelia"), minęło już ponad pięć lat. Trzeci raz wcielenie się Yann'a w roli kompozytora muzyki filmowej nie miało już nic wspólnego z komediami. Choć nieco zahaczało o historię. I to historię pisaną przez duże "h". Bo jak nie inaczej można mówić o człowieku, który za życia stał się legendą mórz i oceanów? Uważany zarazem da ojca francuskiej szkoły yachtu? Mimo, że pochodzę z portowego miasta i mam morskie korzenie, to nigdy wcześniej nie słyszałem o Eric'u Tabarly. O człowieku, o którym w zeszłym roku powstał film Tabarly.

Jego pojawienie się akurat w tym okresie nie było przypadkowe. W zeszłym roku minęła dziesiąta rocznica tragicznej śmierci (dla innych powróceniem do głębin oceanów i mórz) Tabarly'iego. Do muzycznej oprawy autorzy tego filmu zaangażowali właśnie Tiersen'a. Może nie z powodu tego, że pochodzi on z nadmorskiego miasta, ale z faktu, że jest utalentowany oraz mógłby być (hipotetycznie) synem Eric'a. I tak Yann skomponował piętnastoczęściową ścieżkę filmową do Tabarly. Podczas jego słuchania przypomniała mi się fabuła książki "Stary człowiek i morze". Nie pod względem życia bohatera tego opowiadania Hemingwaya. Ale pasji i szacunku darzącego morze. Ów respekt także słychać w nagraniach Tiersen'a. Minimalistycznie i typowe dla jego twórczości krótkie utwory, przeważnie 2-3 minutowe. Jednak nie liczy się tutaj, ani ich długość, ani instrumentalne nasycenie - bogactwo dźwięków. Najważniejsze, że Yann'owi udało się oddać ducha morskiej przestrzeni. W sposób prosty - skromny choć o zróżnicowanej barwie instrumentalnej. Taki, jak był za życia był Tabarly. Tą naturalną ascetyczność Tiersen przedstawił w formie fortepianowego konduktu. Czyste i silne akordy porywają sentymenalną grą. W szczególności mnie w "Corde" i "Atlantique Nord". Każdy z nich tworzy unikalny klaster składający się na historię życia Tabarly.

Sam Tiersen przyznał na swoim Myspace, że na początku był dosyć sceptycznie nastawiony do tego projektu. Był przekonany, że jego muzyka posłuży jako muzyczny obraz dla jakiegoś pierwszego lepszego śmiała, który postanowił się zmierzyć z morzem. Gdy dowiedział się, że chodzi o historię Eric'a Tabarly, gwałtownie zmienił swoje zdanie. Ta szczerość artystycznych kreacji Tiersen'a wyczuwalna jest w każdej sekundzie tego albumu. Abstrakcyjnie wspomnienia ducha mórz i oceanów. Jedyne, co w tym wszystkim budzi niesmak, to długość tego albumu. 33 minut starczyłoby na dobrą EPkę, ale nie na ścieżkę dźwiękową. Ale zakładam, że taki oszczędny wymóg dostał on od producentów filmu "Tabarly". Jeżeli chcecie usłyszeć francuską, emanującą błękitem muzyczną literaturę z samotnym - żeglarskim motywem w roli głównej, to musicie zaopatrzyć się w ten krążek - bez dwóch zdań. Morski bezkres, w którym człowiek rozpływa się.

Tak czy owak - ścieżka do filmu "Tabarly" znajduje się na liście moich albumów roku 2008. Tiersen jest zarówno dobry jako twórca studyjnych albumów, jak i ścieżek filmowych. A ci co czekają na jego nowy longplay - informuję (bo może nie wiecie), że ukaże się on niedługo. Pracę nad nim Yann musiał przesunąc właśnie ze względu na projekt "Tabarly".

13:25, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Komentarze (3) »
piątek, 30 stycznia 2009
The Prodigy mają zginąć, a może nie?

Kilka tygodni dzieli nas od wybuchowej premiery - piątego, studyjnego albumu brytyjskich legend ostatnich kilkunastu lat - zespołu The Prodigy. Zanim pojawi się on na rynku, postanowiłem zrobić małą analizę tego, co można po nich spodziewać się.

okładka albumu - źródło: amazon.co.uk

Nie wiem jak to było w waszym przypadku, ale moje, pierwsze zetknięcie się z rewolucją wyspiarskich brzmień rave nastąpiło wraz z usłyszeniem hiperaktywnego i bunkrowego No Good. Do tej pory znajduje on w ścisłej czołówce najlepszych nagrań, jakiekolwiek miałem możliwość usłyszeć. Podobnie, ale w kategorii klasycznych, uniwersalnych albumów, wygląda sytuacja co do dwóch pierwszych albumów tego brytyjskiego kolektywu: "Experience" (Wind It Up, Fire) oraz "Music For The Jilted Generation" (Voodoo People). Po latach muszę przyznać, że muzycy z The Prodigy są jednymi z ostatnich rave'owych dinozaurów, którzy albo nie wymarli, albo też nie zaprzedali się mainstreamowej papce. A zeszli ze sceny naprawdę wartościowi artyści, jak chociażby ekipy Propellerheads czy The Wiseguys. A symbolem totalnego zaprzedania się własnego brzmienia i upadku są: The Chemical Brothers, Junkie XL czy The Stereo MCs. A im szkoda poświęcać nawet chwilę.

trzon The Prodigy - źródło: http://www.flickr.com/photos/the-prodigy/

Ale ekipa Liam'a Howlett'a trzyma się. Raz gorzej, a raz lepiej, ale ciągle do przodu, jak inni weterani - ekipa The Freestylers. Zawsze z twarzą. No może czasami zbytnio byli kontrowersyjni, jak to było w wypadku Firestarter czy Smack My Bitch Up, ale te nagrania świadczą tylko o ich głębokim i świadomym poczuciu niezależności tego, co wydają. The Prodigy byli zawsze zbuntowani i niepokorni, bo wyrośli z bardzo zróżnicowanej muzycznej spuścizny made in UK. Najpierw był punk i punk rock, a potem elektroniczna rewolucja rave'u sprzeciwiająca się konserwatywnej moralności ówczesnego brytyjskiego establishmentu. Keith Flint, Liam Howlett oraz Keith Palmer zawsze mieli wypisane "break that system down" - w rozumieniu łamania konwenansów, aniżeli rządów. Dlatego też paradoksalnie nie wszystkie albumy The Prodigy mi pasowały. Ich ostatni, czwarty "Always Outnumbered, Never Outgunned" spowodował we mnie bardzo niejednoznaczne, mieszane uczucia. Z jednej strony electrofunkowy Girls, a na przeciwko niego brudny, ciężki i dekadencki Spitfire. I wszystko wskazuje na to, że równie "nieuchwytni" ci brytyjscy muzycy będą na swoim najnowszym, piątym longplayu.

Na początku chciałem powstrzymać się z (nawet wstępną) oceną najnowszych dokonań The Prodigy. Rozprawdzić miałem się z nimi w recenzji tej płyty, ale w końcu moja wielka słabość do nich zwyciężyła. Album "
Invaders Must Die" będzie składał się z jedenastu nagrań. W sumie około szkolnej godziny grania - 40 minut. W przeciągu ostatnich lat Liam wraz z resztą ekipy zmienili się nie do poznania. Wpiew zaskoczyli mnie negatywnie. I o mały włos postawiłbym na nich krzyżyk, jeszcze przed ukazaniem się "Invaders Must Die". A to za sprawą jednego z dwóch promujących album klipów. Teledysk do tytułowego numeru "Invaders Must Die" nie śnił mi się w najgorszych snach. Po prostu klon klonów drum'n'bass'owego brzmienia Pendulum. Przez to byłem przez jakiś czas na skraju muzycznego załamania i poważnie zaczęłem wątpić w autentyczność tych brytyjskich chłopaków. Ale kilka tygodni po tym przyszła odsiecz w drugą stronę. Klip do drugiej kompozycji z "Invaders Must Die" - "Omen". Moje spojrzenie na The Prodigy zmieniło się diametralnie o 180 stopni. Ta energia, ten skowyw, ta nieokresaność - odrodzenie się rave'u pełną parą.

Pozostało jednak pytanie: co z resztą częścią krążka? Niedawno temu portal Nowamuzyka.pl poinformował, że pojawiły się w sieci legalne próbki utworów z "Invaders Must Die". Skorzystałem z tego źródła i zapoznałem się z pozostałymi utworami. I na tą chwilę mogę powiedzieć, że Keith Flint, Liam Howlett oraz Keith Palmer ponownie podzielą swoich fanów. Zrobią wielki szum wokół swojej najnowszej twórczości. A to z tego powodu, że obok nawiązań do hardcore'owych breakbeatów, na krążku nie zabraknie wpływów nowoczesnej fali electro oraz technoidalnego łamania rytmu. Osobiście, jako oldschoolowiec w kwesti brytyjskiego brzmienia, wielkie nadzieje wiąże z "Take Me To The Hospital", "World's On Fire" oraz "Omen Reprise". A na wielką niespodziankę albumu rysuje się "Stand Up" - czyżby jakiś pozytywny, klimatyczny big beat?

Pozostało nieco ponad dwa tygodnie do wyłożenia kart przez ekipę The Prodigy. Nastąpi to 16 lutego w łonie Take Me To The Hospital - oficyny założonej w zeszłym roku przez samych muzyków tego zespołu. Ze wspomnianymi przeze mnie wcześniej fragmentami utworów "Invaders Must Die", możecie zapoznać się na brytyjskim Amazonie.

20:46, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 stycznia 2009
Zderzenie Jackson'a

Szkockie objawienie house'u - Milton Jackson ponownie nadaje na długich falach. Właśnie za kilka tygodni pojawi się drugi w jego historii studyjny album "Crash".

okładka albumu

Jeżeli ktoś z was chciałby grzebać w jego drzewie genealogicznym, to raczej nie znajdzie afroamerykańskich korzeni. Zresztą Milton Jackson to alter ego pochodzącego z Glasgow Barry'ego Christie. Gdyby nie legendarna maszynka MPC 2000, którą dostał on od swoich rodziców na osiemnastkę, zapewne życie tego Szkota potoczyło się nieco inaczej. Może zostałby gitarzystą, na którego kształcono od najmłodszych lat. Barry w wieku 19 lat zadebiutował jako house'owy producent w łonie rodzimej wytwórni Tronicsole. Później przyszła także pora na epizod w Glasgow Underground, w także na legendarny debiutancki album "The Bionic Boy". Dzięki niemu o istnieniu Miltona dowiedzieli się Tom Middleton czy Laurent Garnier.

Barry Christie aka Milton Jackson

Kilka lat temu Jackson'a zauważył Jimpster - szef londyńskiej Freerange Records. Efektem tej współpracy ostatnimi czasy okazały się EPki z takimi nagraniami jak: Cycles i Ghost In My Machine. Jak udało mi się ustalić, w pewien sposób zwiastują one nadejście drugiego długogrającego krążka Christie'go. Jak podała Berlinista album będzie nazywać się "Crash" i będzie zawierać trzynaście kompozycji. Z tego co widzę, to część materiału z tego longplaya to numery, które są w obiegu od kilku tygodni. Wyjątkami z tego zestawu będą "Cycles" oraz "Ghosts in My Machines" - utworzy sprzed kilkunastu miesięcy. Ten pierwszy zawita na albumie "Crash" w nieco podrasowanej, specjalnej wersji. Milton przyznał, że przy rejestacji tych nagrań posiłkował się twórczością amerykańskiego kompozytora Les Baxter'a z okresu lat 60. i 70. Milton wprawiał ją w czyn w okresie od stycznia do września ubiegłego roku. Według Buzzin Electronic Music ten Szkot zaprezentuje mieszankę house'u, trance'u oraz dziwnej elektroniki. A z tego co mi udało się ustalić, to na pewno nie zabraknie house'u w różnych odmianach: bardziej minimalistycznego jak i lekko ocierającego się o progressive.

Longplay "Crash" pojawi się w połowie lutego. Promuje go EPka o takim samym tytule oraz klip również zakręcony do głównego utworu. Z trzema kompozycjami z drugiego albumu Miltona ("Rhythm Track", "Ghost In My Machines", "Cycles") możecie zapoznać się na jego Myspace.

21:48, marcin.nieweglowski , Świeżynki & rodzynki
Link Dodaj komentarz »
Turntablistyczne cyrkulacje Phonosapiens

Poszerza się rodzina europejskich turntablistycznych ekip. Do tego grona dołączył niedawno austriacki kolektyw Phonosapiens ze swoim debiutanckim albumem "Circulating Instrument". Przyzwoita robota, choć do starszych braci z Waxolutionists to jeszcze im daleko.

okładka albumu

Jak zwykle lub prawie zwykle, zaczęło się od wideo (słabego pod względem ilości odsłon i braku komentarzy) wajrala umieszczonego na Youtube. To on przykuł moją uwagę. Zwiastował on pierwszy longplay tej austriackiej ekipy. Jego członkowie nie są szerzej znani. No może po za DJ M-Tone, który ma szereg osiągnięć na polu występów ITF/ IDA, w tym zeszłoroczne mistrzostwo w kategorii "technika".

Razem z dwoma innymi DJ Sight'em i DJ Fischermann'em, stworzył on mieszankę z tuzina pierwiastków - nagrań. Pod kątem brzmienia - oldschoolowy, abstrakcyjny hip hop bez nowatorskich i technologicznych bajerów oraz efektów. DJe Phonosapiens nie atakują z progu. Stopniowo rozwijają temat i fabułę Circulating Instrument. Punktem kulminacyjnym jest psychodeliczny "Electrotherapy", który zdradza zafascynowanie tych Austriaków japońskimi turntablistami oraz tamtejszymi instrumentalami. Spektakl swoich możliwości Sight, Fischermann i M-Tone pokazują w zakręconym orientalnie "Shi No Yubi". Jakbym nie wiedział, że to oni, to dałbym głowę (a może i coś więcej), iż za sterami jest DJ Kentaro. Album "Circulating Instrument" zamyka przeróbka "As I Can" w wykonaniu Twang'a - krajana Phonosapiens. I remiks brzmi o wiele bardziej ciekawiej i barwniej aniżeli oryginalna wersja. Bardziej syntetyczny, bardziej rytmiczny, bardziej z werwą oraz mocą. I paradoksalnie najbardziej nowoczesny. Jest także taką kropką nad i od austriackiej sceny turntablistycznej. Debiutantów z Phonosapiens warto więc pochwalić. Spisali się dobrze. Rzadko w tych czasach słyszy się nowe studyjne albumy turntablistycznych ekip. Fajnie dzięki nim usłyszeć nieco nawiązań do Qbert'a, Krush'a czy Shadow'a.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu "Circulating Instrument" mam lekki niedosyt. Moim zdaniem Sight, M-Tone i Fischermann za mało odkryli przed odbiorcami, na jakim poziomie są oni w tworzeniu porywających beat jugglingów, czy też innych, zaawansowanych sztuczek i gierek. Pod kątem techniki mają dużo do nauczenia się. Są jakby w początkowej fazie. Ale tylko w tej sferze, bo nie mam zastrzeżeń do samych aranżacji. Ale trochę mi brakuje jakiś dźwiękowych fajerwerków i wystrzałów. Ale pierwsze koty za płoty - udanie zaliczone.

10:30, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 stycznia 2009
Na wpół nowy Library Tapes

Szwedzki muzyk Library Tapes popełnił kolejny swój długogrający wolumin. Drugi solowy, drugi także dla Make Mine Music. I pierwszy raz u Davida czuje się to, że dźwięki żyją, jak bujna natura, a nie tylko gnuśnieją ani gniją. W sam raz "A Summer Beneath The Trees" wpisuje się krajobraz neoklasycznych ścieżek do wywołania wiosny. Jako jeden z wielu ... standardowych.

okładka albumu

Ślady do bibliotek taśmowych biegną do Geteborga. Stamtąd na początku sygnały elektroniczno-rockowych dźwięków wysyłali David Wenngren wraz z Jer'em Jardsellem. Z niewyjaśnionych dla mnie do tej pory przyczyn, po dwóch longplayach Library Tapes przetranformował się w solowy projekt tego pierwszego. I doszło do pewnych zmian stylistycznych Wenngren akcentował siłę "środowiskowej" techniki, brzmień z otoczenia.

Czasami David przesadzał ze swoją konwencjonalną formułą wywołująca depresyjno-jesienną aurę. Tak było na pretensjonalnym "Hostluft", który (mimo że ma słowo "powietrze" w nazwie) brakowało tlenu i wszystko ograniczało się do biernej postawy. Zresztą sami posłuchajcie: Noslipos, Skiss Av Trad i Mellan Ljud Och Text. W końcu Wenngren przełamuje lody. Widać ma dość opadającego na ziemie wigoru i autentyczności dźwięków. Na A Summer Beneath The Trees postanowił on na kilka wyróżniających się ogniw. Po pierwsze oddał on poszczególnym instrumentom nieskrępowaną wolność. Po drugie zminimalizował on prawie do zera efekty field recordingu na rzecz zbudowania neoklasycznych rzeźb z folkowymi naleciałościami, jak to jest w żniwowym "The Modest Triumph" czy ludowym i preryjnym "Above The Flood". Ogólnie "A Summer Beneath The Trees" można podzielić na dwie części. Z jednej strony pokaz łagodnych i z lekka niesmiałych tradycyjnych konstrukcji muzycznych opartych o magię konduktu: subtelnego i kryształowego pianina oraz romantycznej, bogatej sekcji smyczkowej. Powaga i skupienie w introwertycznej odsłonie. Brak (na szczęście) nagromadzenia się "zewnętrznego" hałasu. Z drugiej strony wspomnane przeze mnie folkowe, instrumentalne pieśni zwiastujące nadejście wiosny, jak u Luup. Szkoda, że tego jest najmniej na czwartym albumie Library Tapes. Nad tym mocno ubolewam. Nie jest szaro, ale jest nieco ... zbyt żałobowo. Ale i tak muszę pochwalić za klarowność i dojrzałość kompozycji. Z pozoru brzmią do siebie podobne, ale każde jest z innej (choć dającej się ustalić lokalizację) orbity. Jak stawiałem pierwsze kroki z najnowszym albumem Library Tapes, zdawało mi się, iż nagrania są porozrzucane bez składu i ładu, bezsensu; brakowało mi w tym jakiegoś spinacza, spoiwa. Nie po raz pierwszy przekonałem się, że neoklasyka nie jest muzyką, która za pierwszym razem samoistnie wpada do usza. Z nią jest jak z czytaniem książki - trzeba znać zasady rządzace się danym kanonem.

Nie mogę powiedzieć o "A Summer Beneath The Trees" jako o złej płycie. Ale mam dwa bardzo poważne "ale". Po pierwsze większość roboty odwalili dwaj zaproszeni muzycy: Danny Norbury (wiolonczela) oraz (przede wszystkim) Peter Broderick, który naniósł faktury skrzypiec, akordeonu, trąbki, gitary oraz paru innych instrumentów. Tak naprawdę to David odpowiadał wyłącznie za śladowe efekty field recordingu oraz partie fortepianu. Ale czy to czasem gruba przesadza, aby tak wysługiwać się kolegami (a szczególności Peterem) przez Wenngrena? Bo moim zdaniem tak. Drugie moje "ale" dotyczy całej formuły jego najnowszego albumu. Bardzo doceniam fakt wyjścia jego z minimalistycznych wzorców i podążeniu ku żywej i nieskrępowanej akustyce. Tylko w tym wszystkim nie czuć szczególnej chęci wybicia się z ram Sylvaina Chauveau (bliżej) czy Eluvium (dalej). Sytuacja krążka "A Summer Beneath The Trees" przypomina mi położenie współczesnej sceny instrumentalnego rocka. Co nowy zespół, to chce brzmieć, albo w stylu Mogwai'a, albo Mono. I z tego wszystkiego powstają tabuny zespołów klonów. Podobnie jest z neoklasyka. Nie ustrzegł się przed tym David Wenngren.

22:31, marcin.nieweglowski , Pod ucho
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9