Amerykańskie larwy topią w ponurych wodach noir ambientu zdesperowane downtempo oraz pogodzone ze swoim losem gitarowe drony. Ale to nie koniec horrorowej scenografii albumu "Loss Leader". Nad tym wszystkim dominuje i czuwa pieczę futurystyczny dubowy łomot, który stawia kropkę nad i tego krążka Larvae.

Gdyby móc do czegokolwiek porównać twórczość trio Larvae, to tylko i jedynie do dusznych i nieszablonowych pomysłów DJ Spooky'iego ułożonych z postdubowo-industrialnym obłędem i wynaturzeniem Scorn'a. Choć biorąc lokalizacje Matthew Jeanes'a, Chris'a Burnett'a i Bryan'a Meng'a (czyli z USA), to ich krążki wpisują się w dalej rozrastający się krąg amerykańskiego illbientu (a dla innych awangardowego hip hopu). A wystarczyło dla nich wydanie wyłącznie dwóch albumów.
A teraz do kolekcji dostajemy kolejny - trzeci. Tak twierdzi ich wydawca - berlińska wytwórnia Ad Noiseam. Choć sami zainteresowani twierdzą, że to wyłącznie podwójna EPka. Choć samo w sobie to sformułowanie oznacza tyle, co album. No ale nieważne - ten spór formalny pozostawiam zawieszony, do dalszego rozstrzygnięcia w bliżej nieokreślonej przyszłości. Krążek Loss Leader wypływa na światło dzienne w nieco ponad dwa lata od swojego poprzednika Dub Weight. Ekipa Larvae poszła nieco dalej aniżeli ukamienowaniem downtempo przy użyciu trudnej do namierzenia przebiegłości dubu oraz technologicznego natarcia glitch hopu. Konający trip hop w ciemnej, zapomnianej uliczce. Obecnie Chris, Bryan i Matthew pozwolili sobie na lekka zgoła amnestię dla niektórych dźwięków. Wgłąb "Loss Leader" zostało spuszczone rockowe, shoegaze'owe światełko, które rozświetla nieco - poetycko wnętrzne gitarowym rozmarzenien. Choć nie jest tak w przypadku wszystkich kompozycji. Tak jest gdzieś od początku (delikatne muśnięcia w "Turning Around" z nieco dziwnym klipem) do połowy krążka Larvae, do zamroczonych, zesłanych na banicję resztek strun w "Heavy". Natomiast ich duch nawiedza osaczone uderzenia w "Oxygen Destroyer". Reszta materiału "Loss Leader" zbliża się mniej lub bardziej do nowoczesnego dubu. Ponadto w "Monster Zero" wyczuwa się nawiązanie do acidowych miotań ery rave'u. Wrażliwość i lekkość połączona z ogromnym napięciem "Megalon" to prawdziwy majstersztyk pokroju utworu "Pitch Black" z debiutanckiego albumu duetu Lulu Rouge. Natomiast "Gigan & The Mysterians" spodoba się fanom arcyciężkiego dubstepu pokroju DJ Distance'a.
Kolektyw Larvae powrócił nieco do swoich początków, do albumu "Fashion Victim" łącząc to z awangardową spuścizną amerykańskiego rocka; tego z ostatnich kilkunastu lat oczywiście. Jeżeli mam być szczery to spodziewałem się po nich bardziej odważnych testów z post rockiem, aniżeli posiłkowanie się wyłącznie zamroczonymi gitarowymi dronami. Dobrze, że chociaż starali się oni z ich pomocą układać zróżnicowane illbientowe i wyjące nawiedzenia, które klimatem wciągają, jak album "Blackfilm". Reasumując płyta "Loss Leader" to w ich twórczości tego trio jabłko, które niedaleko spadło od jabłoni.
mam wrażenie że Larwom przydałoby się wyjść z materiałem raz, dwa razy do klubu i zdobyć trochę expów, bo w tym momencie produkują muzę ledwo wychodzącą z tła- w przeciwieństwie do Distance'a, projektu Blacklifm, które potrafią przykuć uwagę.
Płycie, mówiąc metaforycznie, brakuje pewnego organu. Słuchałem go bez wzruszeń, w skupieniu- gdybym ruszył się z miejsca w trakcie odsłuchu pewnie straciłbym wątek. płyta nie spełnia więc oczekiwań (jeśli ktoś, tak jak ja, spodziewał się czegoś opartego na eksperymencie, zaskoczeniu, itd), ale nie jest zła. nie zaskakuje, przypomina grimowe produkty, za dużo w niej jednak monotonii, rozciągania tego samego wątku. tyle.
pozdro.